Wymiękam

Muszę Wam powiedzieć, że mam kryzys. Dobija mnie już ten bałagan dookoła. Bałagan na mieszkaniu, bałagan w domu. Remont, zamieszanie, i kupa wydatków. Wymiękam. W dodatku najzwyczajniej w świecie tęsknię za Mężem! Widzimy się po 3 godziny dziennie, podczas których zapierdzielamy tam przy tym remoncie. On po pracy jeździ tam i śpi na materacu, ja do południa pakuję pudła na mieszkaniu a potem jadę tam do niego z jakimś obiadem i coś tam porobimy, do 17. Potem odwożę go do pracy i wracam na mieszkanie, dalej coś pakować, i spać samotnie, i zbiera mi się wieczorami na płaczki od 2 dni. Już marzę, żeby się to skończyło, żebyśmy usiedli razem na kanapie jak zawsze, wypili herbatkę i mogli po prostu pobyć razem. Cieszyć się wspólnie ciążą, bo póki co to zeszła na dalszy plan… Wiem, że to minie, że jeszcze kilka tygodni i wszystko się skończy, a to wszystko to będzie tylko wspomnienie, ale na dzień dzisiejszy jest mi ciężko.

W ogóle to dziś miałam jechać na wizytę odnośnie tej mojej tarczycy, ale jak rano wstałam i spojrzałam na list ze szpitala, to zobaczyłam, że to jutro. A jutro to ja muszę być tam w domu, bo przyjeżdżają goście rozbierać ten cały garaż. Cały dzień próbowałam zadzwonić i przełożyć tą wizytę, ale nikt nie odbierał… Spróbuję jeszcze rano, a jak nie odbiorą to trudno. Ja nie pojadę. Z resztą tak jak mówiłam, nie czuję potrzeby. Pilnuję sobie jej pod okiem polskiej ginekolożki.

3majcie kciuki, żeby szybko jakoś to wszystko poszło..

Reklamy

Polak Polakowi wilkiem cz.2

Praca z remontem wre. Przed momem stoi rozwalajacy sie garaż z azbestu, którego trzeba sie pozbyć.. chcąc jak zwykle ,,dac zarobić rodakom” piszę na grupie polonijnej w UK ogloszenie, ze szukam kogos do rozbiorki azbestu. Dostaje prywatna wiadomość od gościa, który ze słownikiem jezyka polskiego to chyba nigdy nie miał styczności, ale uznajmy, ze mieszka w UK od dziecka i nie uczył się w polskiej szkole. 🤣 Propnuje mi cenę – 2000 funtów za usuniecie garażu. Stwierdzamy z mężem, ze ta cena nas przerasta,  a już na pewjo na ta chwilę. Dziekuje Panu i zalamuje się. Co my teraz zrobimy z tym badziewiem?!? Ale postanawiam jeszcze spróbować. Azulam w Google jakichs firm i myślę zapytam co mi szkodzi. Pisze kilka mejli do kilku firm. Na następny dzień mam dwie odpowiedzi. Po wysłaniu im zdjęć garażu i wymiarów otrzymuje wycenę – 680 i 600 funtów! Szok i niedowierzanie!!! I radość. Ogromna radosc, ze może jednak sie tego pozbędziemy i tyle miejsa zyskamy… tylko pozostaje pytanie. Czy Pan Polaczek myślał, że dam sie naciągnąć bo co? Bo po angielsku nie umiem gadać i do Anglików nie uderzę? Czy co on sobie myślał? No lekka przeginka. Chyba przestanę ,,chcieć dać zarobić rodakom”.

Z innych spraw to sypialnia gotowa, w kuchni brakuje tylko drzwiczek do szafek wiszących dorabianych przez nas, a salon wymaga polozenia drugiej i trzeciej warstwy na niektore sciany (niektore byly po zerwaniu tapety pomaranczowe wiec słabej sie kryje) a w piatel znajomy Męża wpadnie polozyc nam kawalek tapety na komin i salon też bedzie gotowy. Mamy nadzieję w sobote sie wprowadzic z tobolami i potem na spokojnie zrobic pokoj dziecka i goscinny. 🙂 No i zrobic meblowe zakupy. Planujemy nowe kanapy, jakąś meblościankę do salonu, nowy stół i szafki nocne do naszej sypialni. Także jeszcze troche wydatków nas czeka… jakby ktoś chciał wspomóc to chętnie podam numer konta mejlem. 😁😁😀

P.S. Albo za dużo jem albo serio już mi brzuszek zaczyna rosnąć 😛 Dziś 16 + 0 🙂 

Angielska służba zdrowia i Polska tetra

W związku z zażywaną przeze mnie tyroksyną, angielski NHS (odpowiednik NFZ) zainteresował się moją tarczycą. W poniedziałek kazano mi się zgłosić na wizytę z tym związaną. Pojechałam więc, tym razem sama, bo rano to było, mąż po pracy no i nie oczekiwałam zbyt wiele od tej wizyty ani się jej nie obawiałam, więc wsparcie nie było mi konieczne. Na podróż, czekanie w poczekalni i powrót zmarnowałam 2.5 godziny życia. Pojechałam tam tylko po to, żeby jaki pan magister – kij wie czego – spojrzał na moje wyniki krwi i powiedział mi to co już wiem, bo badam się również prywatnie (że poziom TSH jest odpowiednio niski) oraz pytając się mnie o to, co sam już wie (a przynajmniej wiedziałby gdyby przeczytał moje dokumenty) czyli, jaką dawkę tyroksyny biorę, a także po to, żeby dowiedzieć się, że tego gościa kolega nie przyjmuje w poniedziałki więc umówią mi wizytę i dostanę list – nie wiem jednak co to miał być za gość, bo z lekarzem endokrynologiem to umówił mnie od razu na 19 listopada. Żałuję jak nie wiem, że przyznałam im się do brania tej tyroksyny. xD Bo robią problem z niczego, bo każą mi jeździć na ten szpital jak głupia, a mnie wystarcza 12.5 mg do zbicia TSH z 4 do 1.5 I sobie biorę i jest ok i nie wiem w sumie na uj mi te wizyty – tylko marnują mój czas i nerwy. W sumie się zastanawiam czy ich nie olać, w końcu nikt mnie do wizyt nie zmusi, ale jak się czepią, że lekceważę tym zdrowie dziecka??? No nic. Chociaż tyle, że póki co trafiają mi z tymi wizytami w moje dni wolne od pracy ;D

W końcu udało mi się upolować pieluchy tetrowe od Mamy Ginekolog! Bosh. Cód! Podczas zdejmowania tapety w salonie, jakoś tak poczułam się zmęczona. Poczułam, że czas na chwilę odpoczynku. Poszłam więc na górę, walnęłam się na materacu i odpaliłam instagrama, i tak patrzę na te snapy, a tu nagle 32 minuty wcześniej dodany snap przez Nicole, że są pieluchy na sklepie! W te pędy wchodzę, patrzę, SĄ! Jeszcze SĄ!!! Klik, klik, pach, blik! Zamówione! Udało się! 😀 Haha, a 3 poprzednie razy – obczajałam snapa z tą informacją późnym wieczorem i były już wyprzedane. Ale myślę, że też teraz jak większość już ma kupione, to też będą wolniej schodziły… No ale ważne, że ja już mam. Zamówiłam sobie i kuzynce. A dziś powiedziałam mamie, żeby rozpakowała zamówiony przeze mnie 2 tygodnie temu zestaw noworodkowy – nie mogła wyjść z zachwytu nad jakością materiału. 🙂 A i mówi, że jak wzięła do ręki czapeczkę to się zdziwiła. Mówi tak: ,,Albo ja nie pamiętam jak małe są noworodki, albo ta czapeczka jest za malutka” 😀 Hehe. To się okaże, ale wątpię, że jest za mała. 🙂

Co do naszego remontu, to sypialnia pomalowana, a jutro P. bierze się za panele. Ja zaś zdrapałam tapetę w salonie i kuchni i jutro biorę się za malowanie. 🙂 Także, pomału do przodu. Mężu ma wolne do niedzieli, więc myślę, że sporo nadrobimy do końca tygodnia. Żywię nadzieję, że może nawet skończymy to co niezbędne do wprowadzenia się. No ale zobaczymy. Czasu jeszcze trochę mamy. A dziś wieczorem pobuszowałam po sklepach i kupiłam kilka takich pierdółek jak szczota do kibla i dozownik do mydła pod kolor. Do kuchni ściereczki, solniczkę i pieprzniczkę, rękawice inne takie. Do kuchni umyśliłam sobie czerwone gadżety, ale nie mogę znaleźć funkcjonalnego ociekacza na naczynia. Miałam też już brać czerwony czajnik, ale był ostatni i zepsuty. :/ 3 majcie kciuki i podeślijcie trochę mocy, żeby sprawnie nam szła robota. 🙂

P.S. Jest północ gdy to piszę, a któryś sąsiad napierdziela młotkiem w ścianę… Oczywiście sąsiad w bloku, na starym mieszkaniu… Jak ja się cieszę, że się niedługo stąd wynoszę. Koniec ze śmierdzącą windą i jazdą z żulami. Koniec z hałasami za ścianą w dzień lub w nocy i najważniejsze – koniec z chooojowymi kranami! 😀 To najlepsza motywacja do przyspieszania prac remontowych! xD

Praca wre

W poniedziałek pojechaliśmy na powtórkę z USG, ale tym razem zeszło nam w tym szpitalu prawie 3 godziny. Akurat teraz, kiedy na czasie nam zależało, a tydzień temu jak mieliśmy czas to zeszła nie cała godzina. No, co za wredność losu.

W każdym razie przezierność karkowa w normie, a nasze bobo mierzy sobie już 82.2 mm. Znów szalało, ale 15 minut spaceru je ukołysało i dało się zmierzyć. Pobrano mi krew i w ciągu dwóch tygodni dostanę listem ocenę ryzyka zespołu Downa itp.  Wyszliśmy ze szpitala koło 13, pojechaliśmy złożyć wypowiedzenie mieszkania oraz do urzędu miasta przepisać tzw. Council Tax na nowy adres. A później, w końcu do naszego domu, wziąć się za jakąś robotę. Dziś tak samo jak tylko P. Wstał o 11 to zjedliśmy obiad i pojechaliśmy. Pomału do przodu. Już zerwaliśmy tapety ze ścian w naszej przyszłej sypialni. Jesteśmy ograniczeni z czasem w ciągu doby, bo mąż pracuje teraz po 12 godzin. No ale co się da to robimy. Jutro ja też już idę do pracy, więc ma po mnie przyjechać i pojedziemy prosto tam, to jeśli zajedziemy na jakąś 14:30 czy 14:45 to będziemy mieli nie całe dwie godziny, ale zawsze to coś się zrobi nie 🙂 Zaszpachluje trochę dziur, albo wygładzi trochę ścian. Ja może wezmę się za szorowanie mebli kuchennych. I tak do soboty będziemy właśnie stali z czasem. W sobotę jak będzie wolne to coś dłużej może się tam posiedzi. No ciekawa jestem ile nam zejdzie, żeby to ogarnąć. ;/ Liczę, że może lada dzień się u niego w pracy uspokoi i znów będzie pracował po 9 godzin… Plan mamy taki, żeby na pierwszy ogień właśnie zrobić naszą sypialnię i kuchnię (w łazience na szczęście nie ma nic do robienia, co by przeszkadzało w jej użytkowaniu). I wtedy już się tam przeprowadzić z łóżkiem, tobołami i pomału robić dalej, oszczędzając czas na dojazdy. Bo jednak w obie strony to godzina dziennie się marnuje, mimo, że to jest tylko 7 mil niby. Niestety XXI wiek rządzi się swoimi prawami. Tę samą trasę w nocy gdy drogi są puste pokonać idzie w 10 minut… Nie chciałby ktoś do nas wpaść pomóc skrobać te ściany? Albo umyć okna! O! Tego to ja nie cierpię, a też mnie to czeka… heh.

No nic, czas na sen. Jutro ,,relaks” w pracy. I to mówię poważnie, że trochę relaks, bo od piątku o niczym innym jak ten dom i remont nie myślę. Budzę się i tylko czekam, aż i P. wstanie i pojedziemy coś robić, a potem robimy kilka godzin non stop i zmęczona jestem. Zwłaszcza w moim obecnym stanie, to jakoś tak daje się to we znaki podwójnie. Także jutro relaks na krzesełku z naklejkami. 😀 Dobrej nocy kochani. 🙂

Nasz nowy dom!

Udało się kochani! Mamy to! Wczoraj odebraliśmy klucze do domu! A od dziś zaczęliśmy prace! Niestety, spod mebli powychodziło jak brudne są ściany i ile rzeczy do zrobienia.. Pojechaliśmy dziś na zakupy, 200 funtów poszło na nowe zamki i przybory do malowania… Ja wzięłam mopa parowego co by chociaż z grubsza póki co przemyć łazienkę i kuchnię, bo patrzeć nie mogłam jaki syf zostawili poprzedni właściciele… Oprócz tego zerwaliśmy trochę tapety w salonie, i kolega P. przyjechał pomóc nam zdemontować jedną szafę w sypialni. No cóż, dzień krótki, bo mężu na 18 do pracy. Ale i tak sporo zrobiliśmy jak na nie całe 4 godziny. Mało tego mój ukochany cierpiał dziś katusze… Był na wycięciu odcisku na stopie… mówił, że bolało w ch*j, a teraz skarpeta przesiąknięta krwią, a on biedny z tą rozwaloną stopą musi do pracy iść. 😦 Buu… Nie lubię jak on cierpi. 😦

Jutro się biedny też nie wyśpi, bo na 10:40 jedziemy na USG, a potem do domu robić dalej. I tak będą wyglądały najbliższe tygodnie – praca, remont, mieszkanie, spanie. Mnie to niby cieszy, bo zajęcie mam. Jakiś cel, sens i motywacje do wstawania z wyra, bo tak to bym mogła cały dzień leżeć.. Tylko mi tego Mężu szkoda, bo on po 12 godzin haruje a po pracy (a właściwie to przed, no bo chodzi na 18 stą) będzie chodził do kolejnej harówy… Ale jakoś to przetrwamy, a on twardy jest to da radę. 😉 Musimy się wyrobić z doprowadzeniem mieszkania do stanu mieszkalności w max 4 tygodnie, choć ja bym chciała jak najszybciej się przenieść. No ale zobaczymy.. trzymajcie kciuki.

Polak polakowi wilkiem

Miałam Wam opowiedzieć pewną historyjkę. Muszę więc zacząć od początku. A dokładniej od mojej zmiany zmiany w pracy (:D). Jak wiecie do tej pory pracowałam na nocki, ale w związku z ciążowymi planami, jeszcze przed wyjazdem do Stanów złożyłam wniosek o przeniesienie na dniówki. Jak poprosiłam tak też się stało, w wraz z dniem 5 sierpnia zaczęłam pracę na porannej zmianie.

Idąc tam wiedziałam, że jest na tej zmianie, na moim departamencie jedna polka. Z resztą czasem zamieniałyśmy zdanie mijając się rano w toalecie. Ona jak się okazało zawsze pracuje na stanowisku, na którym naklejamy ceny na metki, tak więc przy pierwszej okazji gdy i mnie tam wysłano postanowiłam się bliżej zapoznać i zajęłam stanowisko obok niej. Tak jak się spodziewałam, przegadałyśmy całą zmianę w międzyczasie naklejania tych cen. Tyle, że… mimo to nie mogłam się doczekać końca zmiany. A dlaczego? Dlatego, że ta kobita (bo jak się okazało ma 42 lata) okazała się jakąś fanatyczką tego korpo zwanego naszym chlebodawcą. Przez 8 godzin, nie padły tematy osobiste (wiadomo, jak poznajesz kogoś nowego to się gada o tym, skąd jesteś, czemu tu jesteś, gdzie mieszkasz, ile tu pracujesz, czy masz rodzinę, dzieci, nie wiem co tam jeszcze). Non stop gadała o pracy, o firmie. Przeżywała, że ktoś przy stoliku obok przymierza czapkę (przecież to nie higieniczne!), albo ogląda sobie buty zamiast zapitalać jak mróweczka i naklejać naklejeczki jak maszyna. Ze cztery razy wracała do tematu, o jakiejś tam swojej przygodzie, jak to jakaś laska, której ona chciała pomóc, nagadała na nią jakichś kłamstw szefostwu. Mówiła o tym, jak to ona zawsze daje z sieie wszystko, i wyrabia normę, a jak pracowała na stacji (inne stanowisko pracy, gdzie się pakuje rzeczy do wysyłki) to w ogóle była jedną z najlepszych na wydziale! Matko słuchać się tego nie dało. Dlatego, następnym razem gdy zostałam wysłana na te naklejki to zajęłam stanowisko dalej od niej… To później wydawało się, że strzeliła w ogóle focha o to, że nie podeszłam do niej pracować obok… Jeden jedyny plus tej znajomości. Jak usłyszała, że jestem w ciąży to namówiła mnie na wzięcie sobie krzesła (ogólnie u nas w pracy się nie siedzi. Nigdy. Chyba, że masz jakieś medyczne ku temu wskazania i kwit od lekarza albo… jesteś w ciąży. I ja to wiedziałam, ale byłam pewna, że to krzesło będzie mi się należało dopiero po 12 tygodniu, jak przyniosę od położnej kwit… Jak powiedziała, tak zrobiłam i nigdy się do mnie o to nie przyczepił. Mało tego, również z powodu ciąży też jestem na stałe na tych naklejkach, a to najlżejsza praca chyba na całym magazynie. No tyle, że mają to stanowisko likwidować i ciekawe co mi wtedy przydzielą, ale to inny temat.

Wracając do nowej koleżanki, nadając jej imię Marta. To jeszcze nie wszystko. W trzecim tygodniu mojej pracy na dziennej zmianie, pewnego dnia przysłano nam do pomocy kilka osób w z innego wydziału, bo tam nie mieli pracy a u nas było aż nadto. Przy stoliku obok mnie zaczęła pracować taka młoda blondyneczka, która po pół godziny nieśmiało zaczęła mnie zagadywać. Jak się po chwili okazało, również była polką, czego Marta nie raczyła od razu nam wzajemnie powiedzieć i nas sobie przedstawić (jak się potem okazało, to miały ze sobą na pieńku z tą młodą, choć nie bardzo wiedzieć o co). Dopiero gdy usłyszała, że się pocimy po angielsku do siebie to MI, mi powiedziała ,,B., to też jest Polka, nie musisz po angielsku”. * No i tu się okazało, że mamy o czym gadać. Mimo, że (nazwijmy ją Asia) Asia ma 18 lat, to od razu złapałyśmy jakąś nić porozumienia, i przegadałyśmy calutki dzień. A, że na magazynie jest głośno od tych wszystkich taśm, wózków widłowych itd, to normalnie aż gardło mnie bolało na drugi dzień i miałam chrypę. No ale… właśnie. Miło się gadało i szybciej leciał czas, przy czym ja cały czas pracowałam. Jednak Asia się opierdzielała, bo jak mówiła, był to jej ostatni dzień w tej pracy, gdyż od następnego dnia zaczynała College, więc jej nie zależało. I wyobraźcie sobie, że… koleżanka Marta poszła i nas podpier****ła, że gadamy po polsku i mało pracujemy! No myślałam, że padnę… serio. Co za trollem trzeba być… Na prawdę na tej firmie każdy sobie nieraz pogada, wszyscy są wyluzowani, a ona ma spinę jak nie wiem co! No ale jak już zgłosiła ,,problem”, to supervizorka musiała ,,zareagować”, zwrócić uwagę. A tak to nikogo by to nie obchodziło, bo pracuję w tej firmie ponad 3 lata i NIGDY nie widziałam, żeby Team Lider, albo Supervisor przyszedł i zaglądał ludziom w kartki, kto ile zrobił i ochrzaniał, że zrobił ktoś za mało. (zapisujemy w takich tabelkach ilość naklejonych cen i numer zamówienia). A uwierzcie nie raz widziałam, jak inni się opierdzielają, bo zdarzyło mi się przechodząc zerknąć na czyjąś kartkę, albo np. zauważyć, że ktoś poszedł do łazienki i nie ma go prawie godzinę… A wiemy, że to ona, bo, Supervizorka wyraźnie powiedziała, że ,,ona ma to gdzieś, ale musi zareagować, bo dziewczyna która siedzi obok nas zgłosiła, że nie pracujemy”. Pouczyła Asię, pokazała jej jak sobie radzić, bo ta udawała, że niby nie umie ogarnąć tego systemu… Ale to nie wszystko. Cała sytuacja z Supervizorką miała miejsce gdy Marta była na przerwie… Gdy zaś wróciła to oczywiście się nie odzywała, dopóki ja nie poszłam do toalety. Gdy tylko odeszłam to jakby nigdy nic nagle podeszła do Asi i się zapytała ,,cześć Asiu, wszystko w porządku?!” Z perfidnym uśmiechem na twarzy… Ta jej odpowiedziała, że tak, dzięki za troskę i pobiegła za mną do kibla mi to powiedzieć, bo sama nie mogła uwierzyć. Rozumiecie? Jaka pinda?! Asia odeszła, a ja muszę ze pindą dalej pracować. Dobrze, że już niedługo… Też mieliście takie wredne przypadki w pracy? 🙂

* O mały włos a nie zdradziłam swojego imienia w tym zdaniu 😛

Wiercipięta

Byliśmy wczoraj na USG. Niestety niczego nie zmierzyliśmy bo mi się bobo wierciło jak oszalałe (być może to sprawka tego batonika co go zjadłam po drodze xD).
W zaproszeniu na badanie była informacja, żeby minimum godzinę przed badaniem nie opróżniać pęcherza. Tak też zrobiłam i weszłam na to badanie z już lekkim parciem na pęcherz, a babka po włączeniu aparatu powiedziała, że musimy napełnić mi pęcherz bardziej, bo nic nie widać… haha. No to grubo. Ale ok, wypiłam jeszcze 3 kubki wody i kolejna próba, ale wtedy właśnie dzidzia zaczęła densić… Po 5 minutach gonitwy, babka kazała iść pęcherz opróżnić i przespacerować się to może się jakoś sensownie ułoży… a gdzie tam. Nic z tego. Umówiono mi kolejną wizytę, za tydzień. Jak będzie większe to będzie mu ciaśniej no i ogólnie może bardziej będzie współpracować. Ciekawe czy na następnym to już cierpliwie będą próbować do skutku, czy odpuszczą??? Trochę się obawiam, że sobie oleją sprawę jeśli nie da się pomierzyć… No ale zobaczymy. Najwyżej pójdę prywatnie…

Po za tym nic ciekawego. Ah polowanie na zestaw dla noworodka i pieluchy tetrowe od mamyginekolog. Obie z siostrą chciałyśmy i udało mi się tylko ubranka upolować. Pieluch nie zdążyłam… xD Może następnym razem. 🙂 A i jeszcze z pracy wyszłam dziś wcześniej bo nie było nic do roboty i pytali o 9 rano kto chce iść. A to poszłam. Co będę tam siedzieć bezczynnie. No ale jutro znów trzeba wstać… Już niedługo… 😉