Na reszcie w domu!

Udało się! W końcu po wielu perypetiach dotarłyśmy do naszego domu w UK! Do męża i taty!

15 marca byłam już wolna po swojej izolacji. Lot miałyśmy w piątek więc w czwartek poszłam zrobić test na Corone po raz kolejny. Ostatnio się tak stresowałam na egzaminie na prawko, a na egzaminie na prawko stresowałam się bardziej niż przed maturą… także ten. Żeby się czymś zająć w oczekiwaniu na wynik, pojechałam na zakupy na prośbę mamy jak i cioci. Jednak i tak co chwilę sprawdzałam wynik. W końcu przy kasie w Biedronce się pojawił! Udało się! Mam negatyw! Zostało tylko się spakować i pożegnać z rodziną. Następnego dnia w południe wyruszyliśmy na lotnisko.. wszystko szło ok. Kolejki małe, puste lotnisko..

Weszliśmy na pokład samolotu i siedzimy. Pół godziny. Godzine. Ozdywa się załoga. Mamy opóźnienie bo jest problem z jakimiś dokumentami. Po kolejnej pół godzinie, że problem z samolotem. W końcu po 2h10 minutach opóźnienia startujemy. Idziemy z Izą spać. Budzi mnie znów głos załogi w głośnikach. Mówią po angielsku więc nie jestem pewna czy dobrze rozumiem. Lotnisko Manchester zamknięte, wylądujemy w Londynie. 🧐 O godzinie 22.30. Szok i niedowierzanie. Ja i kilka innych matek z małymi dziećmi (Iza była najstarsza) załamka. Pytam załogi czy osoby, które na mas czekają w Manchester juz wiedzą. Odpowiada, że nie wie. No nic. Lądujemy. Dzwonię do męża. Mowie mu, ze wylądowaliśmy w Luton. Śmieje się, myśli, że żartuję. Przed chwilą na stronie lotniska Manchester przeczytał, że wylądowaliśmy w Manchesterze. 🙄 Wraca do domu i czeka. A my odbieramy walizki i wsiadamy do autokaru. 4 godziny drogi i jesteśmy w domu. Cale szczęście to UK. I autokary już czekały. W Polsce kiedyś miałam taką sytuację to w Katowicach czekaliśmy najpierw na busa 4 godziny. Gdy dotarłyśmy do domu nie wierzyłam, że na prawdę w końcu tu jestem. 🥰 Sam wirus mnie nawet nie połaskotał. Ale cała ta pandemia wykańcza mnie psychicznie. 🙄🙄🙄

Trzymajcie się zdrowo i nie polecam podróżować póki co! Ja do samolotu już nie wsiadam w tym roku… Anglia czeka na zwiedzanie, niech tylko odwołają Lockdown.

Izabelka

Obiecałam zaktualizować Wam informacje co u mojej córy.

Izabela ma 23 miesiące. Pierwsze kroki postawiła 2 dni przed roczkiem, a pierwszy podskok z poderwaniem obu nóg z ziemi dość późno bo okolo 21 miesięcy. Dalej jej to śmiesznie wychodzi. Może uda mi się to nagrać. 🤣 Ładnie je łyżeczką i widelcem, pije śmiało z otwartego kubka. Wchodzi sama po schodach trzymając się barierki. W dół jeszcze wymaga by podać jej rękę. Bardzo lubi książeczki. Pucio I Kicia Kocia są na topie. Całkiem nie dawno z dnia na dzień załapała obsługę szczypiec (ma taka drewniana zabawkę gdzie się szczypcami pszczółki układa kolorami). Lubi też puzzle i coraz lepiej jej wychodzi ich układanie.

W okolicy 1.5 roku zaczęła mówić pierwsze sensowne słowa. I tak np. Skarpetki to były KAPKI, a okno to OKA. Niestety to już ewoluowało na KAPETKI i OKNO. Do obecnego przyjazdu do Polski mówiła raczej tylko pojedyncze słowa, a jedyne zdanie jakie potrafiła powiedzieć to ,,mama/tata teś piciu”. Jednak podczas tego miesiąca rozgadała się bardzo, aż mi żal, że męża to ominęło. Będzie w szoku gdy wrócimy do domu. Będę się starała zapisywać tu choć część jej wymowy, tak na pamiątkę, bo Iza szybko się uczy i z dnia na dzień robi postępy w wypowiadaniu słówek. A z czasem może i jej ,,złote myśli”. Zawsze bawią mnie teksty Tamalugi Olitorii i myślę, ze fajnie by było po czasie wrócić do tych tekstów 😉

Obecnie ze słówek zrozumiałych tylko wtajemniczonym mogę zapisać:

Kakuje – dziękuję

Tehon – telefon

Posie – proszę

Paciuś – smoczek (powstałe od naszego zdrabniania SMOCZUŚ)

Nie mogę sobie więcej przypomnieć bo tak na prawdę to jak ona juz cos mówi, to na prawdę dość wyraźnie, ze ciężko znaleźć jakieś takie typowe dla niej inne słówko 😉 Bardzo szybko się uczy. 🙂

Rozważam przedstawienie się Wam 😀😀😀 A może i córą się pochwalę.. kto wie… 🙂

Rocovid

Ok, no to co u mnie przez ostatni rok. Jak możecie przeczytać poprzednich wpiach, w marcu rok temu utknęłam w Polsce przez pandemię. Jak już dotarłąm do domu to życie toczło się dalej, gdyż jakby w Anglii to nieco mniej oczuwalne. Maseczek niewiele ludzi nosiło, knajpy były pootwierane całe lato, znajomi też nie panikowali. Żyło się dalej. Co prawda przepadły nam wakacje (tzn, no zwrócono nam kasę, ale wiadomo o co chodzi) na mojej wymarzonej Fuertaventurze, ale lato spędzone w UK dość aktywnie, kilkoma jednodniowymi wyczeczkami oraz odważną i na szczęście bezprzygodową wizytą w Polsce na przełomie lipca i sierpnia. Po za tym to cóż. Izabelka rośnie, a we mnie dojrzewa znów instynkt macierzyński i zaczynam trawić myśl o 2 dziecku. W domu nic poza codziennością. Z planów to zakup nowego auta może niebawem i w związku z coronaświrusem raczej wakacje w UK, gdyż nie uśmiecha mi się utknąć na jakiejś wyspie bo mi samoloty odwołają albo test wyjdzie pozytywny i do samolotu nie wpuszczą xD

Telegraficzny skrót, no bo jakoś tak przez ten rok nie ma czego opisywać aby poświęcić temu osobne wpisy 😀 Obecna sytuacja wygląda tak, że jestem z Izunią w Polsce. W dniu 5 marca miałyśmy samolot powrotny. Niestety aby polecieć do UK trzeba mieć negatywny wynik testu, więc poszłam go zrobić. Wyszedł pozytywny. I tak oto dupię kolejny raz na kwarantannie z niespełna 2 letnim dzieckiem do dnia 14 marca. Przełożyłam samolot na 19, ale co z tego. Jak tak czy siak boję się iść wykonać test, że znów wyjdzie pozytywny. Ktoś z Was doświadczył tej tajemniczej choroby i robił ponownie testy? Po jakim czasie mogę liczyć na wynik negatywny? Sprawa jest o tyle ciekawa, że nie mam żadnych objawów, ani ja ani nikt z mojego otoczenia, po za jedną kuzynką, ale ona nie od dziś ma słabą odporność. Ale też żyje jakby ktoś pytał. Miała biegunkę i czuje się słabo i ma trochę bóle mięśni. Nie miała gorączki, kataru, kaszlu… Sytuacja ta przekonała mnie na własnej skórze jak porąbane jest to co się wokół tego wirusa wyczynia i nie mogę dojść do siebie w związku z tym, jak czuję się ubezwłasnowolniona, nie mogąc polecieć do własego Domu. Zanim ktoś mnie zhejtuje… noszę grzecznie maseczkę, wiem, że wirus może być grożny dla niektórych nie neguję tego i nie lekceważę. Ale na prawdę, nie od dziś grypa jest równie grożna dla naszych babć czy schorowanych ciotek. A to co się wyprawia jest przegięciem i koniec kropka. Ktoś z Waszych znajomych chorował w tym roku na normalną grypę? Bo ja to mam wrażenie, że ona przestała istnieć. I uważam również, że z mojej obecnej sytuacji można wyciągnąć jeden wniosek. Mam niezłą odporność, bo nigdy na grypę nie chorowałam, a na pewno miałam z nią styczność (choćby dlatego, że moja wspomniana wyżej kuzynka, chorowała na grypę kilka razy w czasach szkolnych, kiedy widywałyśmy się niemal codziennie, a nigdy się nie zaraziłam. No a może się zaraziłam, gdyby wtedy robiono testy na obecność wirusa grypy w organizmie, może by mi wyszedł… ?! Ale jakoś wtedy po kontakcie z chorą kuznką nikt nie zamykał mnie w domu na 10 dni! Na koniec dodam, że po przylocie do PL siedziałyśmy kwarantannę 10 dni, teraz siedzimy bo mam wirusa, a jak już uda nam się dolecieć do UK, to znów czeka nas kwarantanna. Chyba dlatego postanowiłam znów odezwać się na blogu. Żeby się wygadać i nie zwariować…

Wybaczcie, że tak od razu o pandemii musiałam. No nie da się inaczej. Temat top! W następnym wpisie mała niespodzianka i relacja na temat Izuni. Pamiętam jak czekaliście na jej urodziny i w ogóle czesto o nią pytaliście. No to postaram się Wam dać jej więcej 😉

Pozdrawiam, witam ponownie. Zapraszam.

P.S. O pandemii i wirusie możecie mieć swoje zdanie. Ja w teorie spiskowe się nie zagłębiam. Nie wiem czy to jakiś wyższy czyjś plan czy tylko świat oszalał bo tak. Ale na pewno jest to chore i przesadzone! Mam nadzieję, że nikt z Was przez to dziadostwo nie ucierpiał ani fizycznie ani psychicznie. Ja wiem jedno! Więcej nie wyjeżdżam bez Męża!

Przeprosiny!

Hej kochani. Piszę w głównej mierze po to, żeby Was przeprosić. Nie zaglądałam, zniknęłam bez ostrzeżenia. Zmotywowała mnie do tego Sylwia – Tumblemind. Napisała aż mejla, co słychać i czy wszystko ok. Dziękuję Ci Sylwia za troskę i wszystkim innym, którzy się martwili. Mogliście mieć czarne myśli, ewentualnie przeklinać mnie w myślach, że chamsko zniknęłam a prawda jest taka, że ja po prostu jestem leniwa i mam słomiany zapał. Najpierw nie miałam czasu, potem jak miałam czas to znajdowałam inne zajęcia.. a potem to już tak leciały dni. Jestem w szoku gdy się zalogowałam, że prawie rok się nie odzywałam. Na prawdę myślałam, że moze ze 3 miesiące… To straszne jak czas leci…

Gwoli wyjaśnienia. Żyjemy, mamy się dobrze. Nic złego u nas się nie dzieje. Ot codzienne życie mnie pochłonęło. W wielkim skrócie to w UK pandemia w lato odpuściła, troszkę pojeżdziliśmy, również ponownie do Polski w lato. Następnie żyliśmy planami kupna nowego auta oraz wyjazdem do Polski na Boże Narodzenie, niestety przez koronagówno się nie udało. Rząd Polski zakazał lotów z UK na 6 godzin przed naszym samolotem. Przepłakałam 2 dni wtedy… Potem miałam leciec 23go stycznia, ale linie lotnicze przekładały mi samolot 4 razy, aż w koncu ja zmieniłam linię Ostatecznie dotarłam do Polski 2 lutego i siędzę do dziś. Choć dziś już miałam być w samolocie do UK, niestety nie jestem, ale o tym w następnym wpisie, jeśli w ogóle ktoś jeszcze o mnie pamięta i tu w ogóle zajrzy. Przepraszam Was ponownie i postaram się poprawić i również choć trochę nadrobić Wasze blogi! Zdrowotności kochani! Mam nadzięję, że wyczytam same fajne rzeczy u Was!

Pozdrawiam B.

Nie ma jak w domu

Jesteśmy w domu od ponad 2 tygodni. Dobrze być u siebie. Na codzień nie czujemy bardzo ten całej sytuacji z wirusem. Ale gdu ktorys dzień z rzędu jakoś leci, ale jest ładna pogod i nagle zaczynasz myśleć ,,a może btsmy zroboli grilla ze znajomymi, albo pojechali na wycieczkę?” I wtedy dociera do Ciebie ze nic z tego i, ze to potrwa jeszcze NIEWIADOMO jak DŁUGO i dopada Cię deprecha. Gdy tym mysle czuję taki żal i BEZRADNOŚĆ, ze czas ucieka nam przez palce, ze masakra. No ale wiem, wiem. Nie mi jednej… wszyscy, właściwie NA CAŁYM ŚWIECIE mają tak samo.. no chyba, ze są z tych co nie wierzą w istnienie tego wirusa/nie boja się i wszelkie zalecenia lekceważa. Ale jak takich widzę to jeszcze bardziej mnie irytuje, że człowiek sie kisi a ktoś inny to wszystko olewa i w pewien sposób nasze ,,poświęcenie” marnuje. 🤷‍♀️🤷‍♀️

Po za tym nas wszystko ok. Iza juz chodzi, ciagle dużo gada i na prawde jak zasypia czuję ulgę 🤷‍♀️🙄 niestety ida jej kolejne zeby, 4rki 🙈, więc śpi chu*owo. Jedziemy na medykamentach na ząbkowanie. I tak sie to kręci ten nasz maly interes. czekamy utęsknieniem na zniesienie zakazów i możliwość podróżowania. Bo celów mamy kilka. Aczkolwiek… obawiam sie, że nasza Iza nie będzie zapalona podróżniczka, bo w samochodzie dosc azybko sie irytuje. Jak nie zasnie to po 15 minutach juz ma dość. 🤷‍♀️🙄A co u Was? Mam nadzieje, ze lepsze nastroje i wyciskacie ile sie da z wolnego czasu! 🙂

O tym jak koronawirus zabiera nam rok z życia…

Wybaczcie, że tak mało piszę, jakoś mi nie po drodze… Mobilizuję się czasem tylko ze względu na Was, że się dopytujecie, martwicie i nawet mejle dostaję… 😉 Dziękuję bardzo za troskę!

Co więc u mnie? A no jestem w Polsce, tak jak było zaplanowane. 10 marca wieczorem przyleciałyśmy z córą. Gdyby mi jednak choć przez myśl przeszło, że może się aż tak podziać, że pozamykane będą granice, lotniska… to bym nie przyleciała, tylko siedziała na dupie z mężem w domu. Niestety, stało się jak się stało. Na razie jeszcze mam cień nadziei, że jednak jak miną te zapowiedziane 2 tygodnie zamknięcia lotnisk, to je otworzą i mój lot 4go kwietnia się normalnie odbędzie. Niektórzy z Was powiedzą pewnie, że to szaleństwo, lecieć do UK, kiedy tam nic nie robią w walce z koronawirusem (no teraz zaczęli, sorry). Ale cóż. Tam jest mój mąż, tam jest mój Dom, tam jest moje życie i moje miejsce na Ziemi (póki co). Tzn najważniejsze to, że mąż. Został tam sam a wizja tego, że te lotniska mogą pozostać zamknięte na długie miesiące i że on tam ciągle będzie sam i niedaj Boże go ten wirus dopadnie, paraliżuje mnie. Paraliżuje mnie też, NIESTETY, wizja mieszkania z moją mamą kilka miesięcy, z ograniczonymi w dodatku możliwościami spędzania czasu poza domem… Już jest ciężko, a co dopiero jakby miało to potrwać do czerwca na przykład…

Tytuł wpisu jest taki ponieważ ten zasrany koronawirus psuje wszystkim plany. Zmusza do rezygnacji z wakacji, do rezygnacji ze spotkań towarzyskich… zmusza do siedzenia w domu jak więźniowie bez mała. Lecąc do Polski cieszyłam się jak głupia!
Rozmowy z moją mamą przed wylotem brzmiały mniej więcej tak:

Będziemy spacerować codziennie! Pójdziemy na basen! Zgadamy się całą rodziną na kręgle! Pojedziemy nad zalew! Odwiedzę teściów! Zrobimy urodziny psu dla jaj i fanu i okazji spotkania z rodziną (w końcu pies kończy 15 lat za kilka dni) WYPRAWIMY IZY ROCZEK! Tyle planów i wszystko strzelił chu*.

W maju mieliśmy lecieć z Mężem i Córą na wakacje! Pierwsze z córą, wyczekane i jak dla mnie wymarzone, bo WYspy Kanaryjskie marzyły mi się od zawsze. Ten wyjazd miał być też uczczeniem 30-stki Męża. Niestety. Przez je*any koronawirus wszystko strzelił chu*! Mało tego, za same wakacje będziemy prawdopodobnie stratni, gdyż nie zapowiada się jakoby Angla lub Hiszpania zamykała lotniska, a to oznacza, że nie będzie powodu dla którego Ryanair miałby oddać nam pieniądze za lot… a to kwota około 350 funtów była (nie jestem pewna bo było płacone razem z hotelem, to chociaż tyle, że za hotel mamy gwarancję zwrotu).

W lipcu mieli przylecieć do nas do UK moi rodzice i chcieliśmy ich zabrać na jakąś wycieczkę, póżniej miała przylecieć moja przyjaciółka K. z Holandii wraz z rodziną. Wszystko strzelił chu*. Najbliższe miesiące spędzimy wszyscy siedząc w domach, srając po gaciach, martwiąc się o rodziny. Przy dobrych wiatrach, na Boże Narodzenie będzie względnie normalnie i wtedy przylecimy do Polski razem, we trójkę.

Czuję jednak, że mój powrót do UK może na prawdę nadejść za 2-3 miesiące dopiero. Załamę się, bo niestety. Nie czuję się u mojej mamy super. Nie dlatego, że daje mi odczuć, że ma mnie dość, że jestem jej ,,smierdzącym po tygodniu gościem”, nie. Dlatego, że moja mama to moja mama, wiecznie się we wszystko wtrącająca i nie zdająca sobie sprawy, że czasami nie tylko tym wkurza. Czasami tym rani……………. I całe szczęście, że jestem dowartościowana przez męża i czuję się dobrze sama ze sobą i jej gadanie nie wywiera na mnie wielkiej presji… Ale i tak jej wygarnę, jak nadarzy się okazja, i spróbuję ją przekonać, żeby czasem się zastanowiła co mówi.

Tak więc kolorowo nie jest, ale za pewne u Was wszystkich podobnie. Temat wirusa dotyka nas wszystkich, i wiem, że może nie powinnam rozpaczać nad tym, że psuje mi on plany, a powinnam się martwić po prostu o zdrowie i to by mnie i moich bliskich nie dopadł, ale no.. jest mi zwyczajnie przykro, że to wszystko się posypało. A najbardziej, że nie mogę normalnie wyprawić mojemu dziecku Roczku. Bo ten roczek jest tylko raz… To szczeście w nieszczęściu, że jej to jeszcze obojętne i nie muszę jej tłumaczyć, czemu nie ma gości… 😦

Z przyziemnych spraw to mam mało ciuszków dla Izy i jak zostaniemy tu na dłużej to mi zaraz wyrośnie i będzie klops, bo sklepy coraz bardziej pozamykane a i unikać tak na prawdę ich trzeba (ja sie serio zaczynam bac wychodzic z domu). Mamy tu też mało zabawek, bo myślałam sobie, że 3 tygodnie to wytrzymamy, no i na roczek pewnie coś podostaje…….. A uwierzcie, siedzenie w domu całymi dniami z roczniakiem bez zabawek wymaga sporo kreatywności. Po za tym gwiazda po 1 zaczęła się znów domagać w nocy mleka, choć już pawie pół roku go nie jadła, oraz postanowiła zaczynać dzień o 5:30. Żyć nie umierać. Nie dość, że jestem nie wyspana to jeszcze te nudne dni w domu są dłuższe! MASAKRA!

Dzięki jak ktoś dotrwał do końca! Dawno nie było chyba tak przepełnionego samymi złymi wieściami posta. No, taka to moja terapia. To, że się mogłam tu ,,wygadać” zmotywowało mnie, żeby w ogóle w końcu coś Wam napisać.

Życzę Wam zdrowia kochani w ten czas zarazy! Uważajcie na siebie, myjcie ręce i #zostańciewdomu! Kiedyś wszystko wróci do normy! Kiedyś musi.

Lecimy do Polski!

Jak wspominałam za pewne wcześniej, lecimy do Polski na roczek Izy. 28go na równy tydzień. Ale tak siedziałam, rozkminiałam, że tydzień to tak krótko i w ogóle… pptem jeszcze mama zaczęła mnie namawiać… i tak o to zapytałam Męża co on na to, że polecę z Izą do Polski wcześniej. I zgodził się! W ten oto sposób lecimy we dwie juz 10 marca! Jaram się jak pochodnia. Ale też trochę się boję jak sobie same poradzimy, czy Iza nie będzie marudzić… jak tu ja w drodze nakarmic, przecież już jada nie tylko mleko, ale NIEMLEKO jada dość… brudząco. 🤣 Lecimy wieczorem, start o 18:40 a 19-20 to jej czas na spanie. Liczę więc, ze prześpi większość drogi oraz, że raczej usiądzie koło nas ktoś życzliwy i wyrozumiały, kto mi pomoże w razie Wu… 🙈 Mam też nadzieję, że uda mi się spakować do małej walizki wszystko co niezbędne! Yh. 3 majcie kciuki i.. byle do marca! 🙂

Wstrętne choróbsko

Zaczęło się od tego, ze poszliśmy z Iza do takiej areny zabaw.. wiecie kulki, zjeżdżalnie i te sprawy. Tak wiem, że Iza jest mała ale sa tam też wlasnie takie kaciki dla niemowląt. Chcieliśmy coś zrobić by wyjść z domu, i żeby może Iza miała jakąś atrakcję. Ja w ogóle nie pomyślałam, ze to obcy ludzie, zarazki etc. Znajoma os razu skwitowała ,,odważnie”… i faktycznie, na drugi dzień już miała gorączkę. A koleknego, mnie zaczęło boleć gardło. 🤷‍♀️ U Izy nie było żadnych onnych objawów,  wiec dzielnie nie biegłam do lekarza tylko zbijałam lekami i czekałam. Zaczęło się w piątek rano, a w sobote o 22 gdy juz spała rutynowa kontrola a tu 39.5 i gorąca w dotyku! A ja sama w domu, mąż w kinie. Ale ja zimna krew, no i dawaj dawka ibuprofenu, chłodna kapiel, okłady i telefon do męża. Zanim wrócił gorączka zbita. Sytuacja opanowana. Niestety, następnego wieczoru powtorka z rozrywki! A nawet gorzej  40 stopni i przez 15 minut ani drgnie w dół. Panika, tel pod 999… wezwana karetka.. ale po zadaniu kilku pytań chyba uznali, ze nie jesteśmy priorytetem. Przyjechalo po 40 minutach, ale wciaz bylo 38.5. Powiedzieli, że  proponuja szpital, coby lekarz zobaczył itd. (Tak w ambulansie nie było lekarza, ale o tym za chwilę). Okazuje soe, ze nas zawiezi i zostaeili normalnie na Izbie przyjęć,  a tam czekalismy.. 4 godziny… do tego czasu Izie spadła temperatura do 37.5, najniżej od 3 dni. 🤷‍♀️ 
Ale teraz hit. Gościu z karetki proponował mi podawanie Ibuprofenu i Paracetamolu na przemian.. co 2 GODZINY. Czyli podawanie co 4h Paracemolu i co 4h Ibuprofenu, co oznacza 6 dawek Ibuprofenu na dobe. Zdębiałam, rstowbok kedyczny, gosciu z KARETKI nie wie jak soe dawkuje IBUPROFEN!? Boże,  a gdybym nie była tym inteligentnym rodzicem, i przy nasteonej gorączce zaczęła tak robić? Bo prdeciez pan z karetki chyba sie zna nie??? Jak mu powiedziałam, że jak to? To sie zdziwil i az sięgnął po pudełko i zaczął czytać.. speszył się i zaczął coś mowic, ze a to faktycznie pomylka, to zalezy od wieku, doroslym mozna. Jakos nigdy  nie widziałam Ibiprofenu, na ktorym pisze, ze mozna wiecej niż 3 razy na dobę.. 🤷‍♀️🤷‍♀️🤷‍♀️

Ważne, ze cora juz zdrowa. Zaś mjie rozłożyła na łopatki angina. Moje gardło jest jak po tornadziem co prawda już coraz lepiej sie czuje, i gardło z wygladu tez sie poprawia, ale to był kosmos. Mąż wziął wolne w pracy, zeby ogarniac nas obie chorowitki. Nie wiem co bym bez niego zrobiła… mam najlepszego męża na Ziemi a Iza najlepszego Tatę! 😊

Wyobrażenia vs. Rzeczywistość 

Dziś przelało mi się uszami. Ja wiem, że rzeczywistość z niemowlakiem zaskakuje każdego. Byłam na to gotowa (tak myślałam). Czytałam, grzebalam w necie, książki, artykuły, blogi kompetentnych osób… żeby wiedzieć więcej, żeby być lepszą mamą, żeby moje dziecko wyrosło na zdrowe, dobrze wychowane i… ładnie jedzące. Tak dziś o jedzeniu. Naczytałam się książki o BLW, jak to dziecko bedzie samo jadło, i jak to może jeść wszystko, byle nie solone i nie słodzone.. Do tej pory jadła słoiczki bo… moje zupki były ble. Warzywa gotowane w kawałkach je ładnie, choć ile potem sprzątania.. wie każdy kto próbował BLW.. No ale sumienie nie pozwala mi dawac ciagle słoiczków.. bo przeciez BLW, bo samodzielność, bo słoiczki to zło. Ale nie moge uwierzyć,  ze sa ludzoe, ktprzy rozszerzają dziecku diete od poczstku do konca PRZEZ bLW, ze na prawde kilka razy dziennie dają dziecku jeść samodzielnie i nabałaganić jak chu*.. Podziwiam no i… czuję sie gorszą mamą,  ze ja nie mam na to cierpliwości i siły. No to postanowiłam że będę jej gotować, tyle przecież przepisów na ,,alaantkowymblw”. Ale jak raz, drugi, piąty robisz coś (co nie jest łatwe przy marudzie u nogi, i więcej roboty i syfu niż jedzenia, albo w ogóle plucie.. to Ci sie odechciewa. Do kaszek i jogurtu tez daję owoce z tubki bo niestety, te ,,prawdziwe” starte czy zmiksowane są ble! (Dziś właśnie znów robiłam próbę i dlatego mi się już ulało.. ) I jak żyć? Jak być idealną mamą, która nie daje zdemonizowanych tubek i słoiczków, kiedy dziecko nic innego nie je?! 

,,Czym mniej wiesz, tym lepiej śpisz„. To zdanie to najprawdziwsza prawda, i chyba obiorę je sobie za motto życiowe…

I jestem taka sfrustrowana tym. Bo się  naczytalam, nawyobrażałam, a rzeczywistość jest zgoła inna, ale wyrzuty sumienia są, jak patrzysz na te dzieci co tak super jedzą zdrowe posiłki robione przez super mamy. 🤷‍♀️🤷‍♀️🤷‍♀️

Musiałam się wygadać, a nie mam komu. Kuzynki dziecko je wszystko i zawsze.. i nigdy nie dostało słoiczka i owocka z tubki, a koleżanka z kolei daje córce ,,sok” zamiast wody i w ogóle niczym sie nie przejmuje więc też mnie nie zrozumie.. 

Podsumowanie 2019 roku

Ostatni dzień tego wyjątkowego roku. Pierwsze trzy jego miesiące upłynęły pod znakiem zgagi, niecierpliwego oczekiwania i toczenia się jak pingwin 5 razy w ciagu nocy na siku. Kwiecień i maj przyniosły najpierw chwile grozy o wlasne życie a potem piękny choć cieżki czas nauki macierzyństwa i oswajania się z nim. Czerwiec i lipiec były czasem odwiedzin rodziny i przygotowania do wyjazdu do Polski. Sierpień i wrzesień to chrzest Izy i cudowny pobyt w Polsce, u Mamy, ale okraszona dozą tęsknoty za mężem i wyrzutów sumienia, że zostal w UK sam i tylko chodzi do pracy. Październik to powrót do własnej rzeczywistości i początek rozszerzania diety. Listopad i grudzień to ogromny rozwój Izabelki, jej mobilności i.. zwiększenia potrzeby atencji. 🙈 Musiałam odpuścić posiadanie codziennie idealnie czystego domu, ale tak na prawdę daje mi to więcej satysfakcji z macierzyństwa i czasu spędzonego z córeczką, czasu, który strasznie szybko ucieka… Po za tym wróciłam na siłownię. 

Nie mam jakichś tam postanowień na Nowy Rok w stylu jaki wszyscy rozumiecie postanowienia. W 2020 planuję po prostu dalej chodzić na siłkę i Mniej Żreć. Planuję poświęcać więcej skupienia na córce i mężu (mniej gapić się w tel.) i doceniać każdą chwilę. I po prostu być szczęśliwa. 

Życzę Wam spełnienia Waszych planów i byście po prsoru byli szczęśliwi – a dla mnie kluczem do tego jest docenianie tego co się ma i cieszenie się z małych rzeczy. 🙂 Buziaki dla Was! HAPPY NEW YEAR!