Fasolka :)

Moi drodzy. W związku z zaistniałą sytuacją i faktem, że i tak już wszyscy dookoła wiedzą, postanowiłam i z Wami się podzielić. Na początku nie chciałam mówić nikomu, z obawami, nie chcąc ,,zapeszać” itd. Ale w końcu i tak się rozniosło, po za tym… co ma być to będzie a na pewne rzeczy możemy nie mieć wpływu. Trzeba myśleć pozytywnie i patrzeć w przyszłość z optymizmem, żeby złych wydarzeń na siebie nie ściągać tak więc:
JESTEM W CIĄŻY! 🙂
Mimo naszych obaw, o których Wam pisałam, udało się ,,za pierwszym razem”. Dowiedzieliśmy się właściwie 5 dni po powrocie ze Stanów. Niecierpliwiłam się i zrobiłam test ciążowy, ten do wczesnej diagnostyki, niby do 6 dni przed spodziewaną miesiączką – nie wyszedł. Było mi przykro, a nie sądziłam, że będzie aż tak. Ale dwa dni później coś mnie tknęło, zrobić jeszcze jeden, i pojawiła się strasznie blada kreska. Tak blada, że aż wprawiająca w powątpiewanie. A że był to dzień zabiegany, bo jechaliśmy spróbować sprzedać auto to jakoś tak, to zeszło na drugi plan. Przez kolejne dni to do nas nie docierało, i zrobiłam jeszcze chyba 4 inne testy. Jeden znów nie wyszedł wcale, inne mega blade… Zaczęliśmy w końcu przyjmować to pomału do wiadomości, ale tak… wciąż jakby to się działo obok nas. Dopiero po kolejnych 3 dniach zrobiłam jeszcze jeden (ostatni jaki miałam test) i ten już wskazał wyraźne czerwone kreski, nie pozostawiające wątpliwości. Uwierzenia w to co się dzieje nie ułatwiał brak właściwie jakichkolwiek dolegliwości. Bóle brzucha jak te przy okresie – tylko 5 razy łagodniejsze, lekkie powiększenie piersi, i brak miesiączki to wszystko co miałam po za tymi kreskami. A, że też wcześniej w życiu test ciążowy robiłam raz, to nie byłam z nimi obyta i tak to jakoś na prawdę do nas nie docierało… Dotarło dopiero jak poszliśmy do lekarza, i na USG zobaczyliśmy nasze ziarenko, które właściwie było pierścioneczkiem. (Studiując wcześniej dużo ,,Mamyginekolog”, wiedziałam, jakiego obrazu USG się spodziewać na tym etapie.) Aparat USG wykrył również puls, na podstawie którego – a także na podstawie wymiarów zarodka – Pani doktor stwierdziła, że serduszko zaczęło bić kilka godzin przed wizytą, więc mieliśmy szczęście, bo to czy serduszko zaczęło bić było istotnym dla mnie wyznacznikiem. Gdy już to się dokona ryzyko poronienia znacznie spada. 🙂

Niestety w związku z wspominanymi Wam wcześniej wynikami TSH, zbadałam jego poziom również przed tą wizytą i wciąż było za wysokie, więc Pani Doktor wprowadziła mi leki. Muszę je brać na pół godziny przed śniadaniem, co powoduje, że muszę wstawać wcześniej niż bym chciała do pracy, bo jak wiecie zmieniłam zmianę na dniówkę. Ale i na to znalazłam sposób – 4:30 budzik dzwoni, a ja po omacku tylko łykam tabletkę i śpię dalej – o 5 gdy dzwoni drugi faktycznie wstaję. Ubieram się, jem, myję zęby i o 5:30 wychodzę. Jakoś leci. Dopiero jeden shift za mną. Jutro zaczynam kolejny.

Jako ciekawostkę Wam powiem, że tu państwowo też miałam już wizytę z tzw. Midwife – Położną. Wczoraj był 7 Tydzień 6 Dzień ciąży. Jedyne co zrobiono, to mnie zważono, zmierzono, sprawdzono Ciśnienie i poziom CO2 wydychanym powietrzu. Teraz mam czekać na zaproszenie na USG w 12 tygodniu. Nawet wywiadu rodzinnego nie przeprowadzili! Boże.. W Polsce, moja kuzynka, ma regularne wizyty od 10 tygodnia ciąży i przed każdą jedną zestaw badań krwi i moczu i USG na każdej… Dlatego, zamierzam na własną rękę robić badania i chodzić do prywatnej Polskiej kliniki w międzyczasie, na dodatkowe wizyty. Wizja sprawdzania, czy moje dziecko zdrowo rośnie jedynie za pomocą mierzenia brzucha centymetrem krawieckim, jest raczej przerażająca. 😀

Ogólnie nie mam póki co żadnych dolegliwości ciążowych, po za wieczną sennością i drzemkami w ciągu dnia. A wstępny termin porodu na 27 marca, ale może ulec zmianie, gdyż USG w Polskiej klinice wyliczyło tydzień później (jako, że miałam długie cykle to owulację miałam raczej później niż w 14 dniu cyklu), ale to ma zostać zweryfikowane na tym USG ,,genetycznym” w 12 tyg. Trzymajcie wiec za mnie i naszą fasolkę kciuki. 🙂

Reklamy

Ulga

Tak jak Wojtek przepowiedzial – stało się. Kasia jednak z nami nie zostaje. Wylatuje w sobotę, a Wojtek dwa tygodnie po niej. Juz niedługo..

Jakbyście byli ciekawi jak dalam radę wstawać na 6 rano do pracy to Was zaskoczę – całkiem PRZYJEMNIE się wstawało. Zupełnie inny klimat. A wyjść z pracy o 14 gdy świeci słonko – bezcenne! Muszę się tylko zaklimatyzować wśród nowych ludzi i przełożonych… Pogoda się nam skiepściła, ale cóż.. i tak długo było ładnie jak na Anglię. Dziś mam wolny drugi dzien. Wstaję o 8 rano i nie wiem co robić  z taka ilością czasu! Haha. Zjadłam śniadanie, piszę ta notkę i do sklepu zaraz wybywam. Wrócę, to poszukuję obiad i bede czekać aż mąż wstanie. Gdy to sie stanie…. pojedziemy… zawieźć kota do nowego domu. Tak wiem, że dla niektorych to okropne, i nie mieści sie w głowie jak można zwierzę oddać od tak sobie. Otóż wcale jie od tak sobie. Bilśmy się z myślami, dyskutowaliśmy i uznaliśmy, że jesli nas ma tylko wkurzać, to lepiej poszuksc mu domu, gdzie jakiś 100% kociarz da mu wiecej miłości. Ja zas przekonałam się, że kociarą nie jestem. Nie potrafię natury kota zaakceptować – czyli tego, ze nie idzie go nauczyć, że ma gdzieś nie wchodzić czy czegoś nie drapać. Irytuje mnie jego wszędobylska sierść, która w godzinę po odkurzeniu znów pokrywa całą powierzchnię podłogi… nie wyobrażam sobie po takiej podłodze pozwolić raczkować małemu dziecku… nauczke z tego mam i na pewno jesli kiedyś dziecko bedzie chcialo kotka to sie na to nie zgodzę – bo teraz mogę go komuś oddać, ale dziecku złamałoby to serce.. Ustaliliśmy, że za kilka lat jak dzieci od podłogi odrosną, weźmiemy psa. I mówcie co chcecie, ale psa bym oddać nie umiała. Więź z psem to zupełnie inny wymiar niż z kotem. Miałam oba i coś o tym wiem. 

Kiedy byłam mała miałam kota, którego mama sie pozbyła.. również nie mogła znieść jego nieusłuchania, rozbijania rzeczy w nocy i nie tylko, oraz wkładania nosa w gary. W późniejszym czasie kupilismy psa, ktory ma 13 lat i jest z rodzicsmi do dzis. I tez sie wkurza na niego czasem, i na to, ze jak chce gdzies jechać to nie ma go z kim zostawić, ale już psa oddać by nie potrafiła. Moim zdaniem o czyms do świadczy. Koty, trzeba po prostu lubić i kochać, a myślę, że nie każdy to potrafi. Mam nadzieję,  ze choc trochę mnie zrozumiecie i nie zmieszacie zaraz z błotem..

W związku  z powyższą decyzją daliśmy na początek ogłoszenie na lolalnym gumtree, i juz tego samego wieczoru odezwali sie chętni ludzie. Wyglądają na konkretnych, zadawali wiele pytań o nature Stiflera, o to co lubi jeść, czy nie boi się ludzi, ponieważ wynajmują ludziom pokoje więc dużo różnych ludzi się kręci, że chcą adoptować kota, bo mieli je w dzieciństwie i bardzo lubią. Maja nadzieję, że  będzie u nich szczęśliwy. My również ustaliliśmy, że jesli zajedziemy, a tam będzie jakas patologia, syf, kiła i mogiła to go nie zostawimy. To nie jest tak, że pozbywamy się problemu i mamy to w du*ie co się z nim stanie i uwierzcie – nie jest nam łatwo, ale dla mnie jest to też kolejny akt asertywności, której jak wiecie dopiero sie uczę… Trzymajcie więc kciuki, za jego nowy dom.

Ziarnko nadziei :)

Wyobraźcie sobie, że nasi lokatorzy (może w końcu nadam im jakieś imiona, żeby było łatwiej – niech będzie Kasia i Wojtek), a właściwie żeńska część wpadła na pomysł zostania w UK do listopada, bo w sumie nie spieszy się jej do Polski a mogłaby sobie jeszcze zarobić… i wyobraźcie sobie, że bezpardonowo zapytała czy ,,mogłaby z nami jeszcze chwilkę pomieszkać? nie długo, dwa, może trzy miesiące.” Powiedzieliśmy, że jak wiedzą, czeka nas przeprowadzka więc będzie zamieszanie, oraz ma wtedy przyjechać Teściu pomóc nam w remoncie jakimś, więc wtedy braknie miejsca… No więc powiedzieli, że w takim razie skontaktują się z tą angielką, u której my wynajmowaliśmy pokój na początku naszego przyjazdu, a także sam Wojtek rok temu. Gdzie to Ziarnko Nadziei? A no tu, że 3 godziny później Wojtek powiedział mi na osobności, iż raczej Kasia nie zostanie, bo coś tam jednak marudziła, że może jednak Francja (tam też jeździ na dorobek), bo koleżanki, bo coś tam. I, że ogólnie no pewny nie jest, ale na ile ją zna to jednak się rozmyśli. Ja w tym widzę dwie opcje. Albo wyczuła po nas, że jednak nie skaczemy z radości na fakt, że miałaby zostać i jednak ma trochę taktu, że będzie się wymigiwać ALBO zawiodła się opcją wynajmowania pokoju od angielki i płacenia jej za wynajem. Nie wiem, ale jest to właśnie moje Ziarnko Nadziei, że jednak się rozmyśli.

A dziś właśnie przed chwilą poszłam sobie podgrzać fasolkę szparagową na kolację i co? I o 10 w nocy musiałam najpierw domyć NIBYumytą patelnię, a także kuchenkę. Nasz zapas wody znika jakoś szybciej niż zawsze i potykam się o buty na przedpokoju. Uznałam więc dziś, że moje dzieci wychowam na chamy, które nie będą się przejmowały, że kogoś urażą lub, że ktoś sobie o nich źle pomyśli i będą umiały mówić wprost co ich wkurza. Ja nie umiem, więc wkurzam się w środku na te wszystkie rzeczy dookoła.

W sprawie domu dalej cisza, mimo, że dziś poniedziałek. A w piątek rzekomo nasi prawnicy dostali dokumenty od tamtych. Jutro do nich dzwonimy jak się nie odezwą… grr.. Jak ja bym chciała dostać te klucze jeszcze za ich pobytu. Żebym po pierwsze zajęła się faktem przeprowadzki i nie zwracała na nich uwagi. Po drugie, żeby im trochę zakłócić funkcjonowanie. Po trzecie, żeby musieli coś pomóc, bo pomóc na pewno coś pomogą wynosić – przynajmniej Wojtek. Haha 😛 Ale czy doczekamy to czas pokaże. W tym tygodniu może ten termin zostanie ustalony. Trzymajcie kciuki 😛

P.S. Jutro ostatni wolny dzień, a w środę pierwsza dniówka! Obym jakoś wstała 😉

Tak szybko, a tak wolno…

Cześć i czołem! Jak się macie? Powrót do rzeczywistości jak i widać, trochę mi zajął. Zaraz po powrocie czekało na nas trochę spraw do załatwienia. Na stole sterta poczty od prawników w sprawie kupna domu, zadanie sprzedania samochodu i kupienia nowego. A w międzyczasie oczywiście powrót do pracy i … lokatorzy w mieszkaniu.

Nie pamiętam czy Wam pisałam, że na czas naszej nieobecności kotem zajmie się kumpel mojego P., który razem z dziewczyną przyjedzie na wakacje sobie popracować. Chyba pisałam. W każdym razie no, na rękę nam to było, że miał kto z kotem zostać, ale już po 2 dniach od powrotu pożałowałam tej decyzji. Ja nie wiem czy to ja okazuję się nie być gościnna i wyrozumiała, czy to po prostu ONI są drażniącymi lokatorami, ale po prostu tak jest. Czekam z utęsknieniem, na ich wyjazd (a będą do końca sierpnia). A dlaczego? Już tłumaczę. Powiecie mi czy to ja przesadzam/jestem niewyrozumiała/za bardzo się przejmuję, czy to faktycznie oni powinni trochę więcej ogarnięcia mieć?

Gdy my dotarliśmy do domu oni byli w pracy. Pierwsze co zauważyłam po wejściu do kuchni: ,,umyte naczynia”, a mianowicie patelnie, umyte tylko wewnątrz i z resztą też nie dokładnie. A na zewnątrz i od spodu, obklejone, utłuszczone, i tak pewnie wiele razy bo… zapieczone, przypalone. Kuchenka przez to również zajechana, bo jak kładziesz na płytę ceramiczną brudne gary i patelnie, to proste, że się to zapieka, i tworzą się ,,piękne” spaleniznowe kółeczka. Wyjedzone nasze płatki śniadaniowe, nasz słój Nutelli i inne podobne takie rzeczy (pal licho już to, ale nieposzanowanie i zniszczenie moich rzeczy, o które ja dbałam to akurat boli). Rozwalona klamka w łazience (?!), i kilka innych drobnych mniej lub bardziej spraw. I oczywiście rzeczy w szafkach poprzekładane, tak, że nie mogę niczego znaleźć. Ułamany nóż, bo konserwę sobie otwierali, zamiast kuźwa chociaż spróbować znaleźć w szufladzie otwieracz do tego przeznaczony.. I nawet się nie przyznają, rozumiecie? ,, Sorry, B. złamałem niechcący nóż. Odkupię”. I oczywiście mnie już nie chodzi o to, żeby odkupował, bo nie jestem aż taką materialistką, tylko chodzi o samo poszanowanie mojej własności. Trochę respektu, że coś nie swojego używam a zniszczyłem, wypadało by okazać chociaż skruchę? No ale może się mylę? Nie wiem, może tylko ja tak mam, że mnie to wkurza, a Wy wszyscy jak macie w domu gości to Was takie rzeczy nie ruszają.. Podzielcie się proszę.

Po za tym no to zaraz po przyjeździe jeździliśmy po komisach opchnąć auto. A potem kilka dni jeździliśmy autobusami po innych komisach, żeby kupić coś innego. A czas nas naglił, bo sprzedaliśmy nasze w piątek, a w następny piątek mój Brat miał do nas na weekend przylecieć i potrzebne było auto, żeby go odebrać z lotniska.. Już nawet tracąc nadzieję, zaklepałam mu taksówkę, ale w środę w końcu się udało kupić. Ale odwołałam tylko taksówkę na odbiór, w niedzielę odwieźć go z powrotem na wieczorny lot miała dalej taksówka, bo P. szedł do pracy.. No, ale rano w niedzielę, uderzyliśmy do Polskiej przychodni, bo chciałam zrobić sobie badania krwi (szczegóły następnym razem). I tak jadąc, gadam do brata, że no, masz tu kasę na tą taksówkę, bo P. idzie do pracy, taksa będzie po Ciebie o 17. A on na to: – ale jak to dzisiaj? Ja lecę jutro! Już się chcesz mnie pozbyć?! – I tym o to sposobem swojego gapiostwa, miałam miłą niespodziankę w postaci jednego dnia dużej z Bratem 🙂 W dodatku w poniedziałek, P. szedł do pracy później, w związku z czym zdążyłam sama go odwieźć, i znów odwołałam taksówkę. Mało tego, też było z przebojami, bo rano Brat dostał sms, że odwołano mu lot. I na szybkości szukał innego. 350 funtów. Oby mu jakieś odszkodowanie dali za tamten. Znów jakieś strajki Ryanaira…

Po powrocie z lotniska, sama też poszłam do pracy. Zaczęłam ostatni shift na nocnej zmianie. Dziś idę na trzecią z czterech nocek. Potem mam 5 dni wolne, a od środy już na DNIÓWKI! 🙂 Cieszę się bardzo, ale jestem również przerażona. Jak mi pójdzie przestawianie się na ludzki tryb życia? O tym w następnym odcinku! Haha 🙂

Powrót do rzeczywistości

Siema, siema! Jestem, żyję! Nie napisałam Wam z ostatnich dwóch dni relacji, bo tak jakoś wyszło. A w UK powrót do rzeczywistości też jakoś pochłonął. W dodatku sporo spraw na nas czekało na miejscu. W domu lokatorzy, kupa papierów w związku z kredytem, sprzedaż samochodu… Uff.

14 lipca 2018

Wstałam rano i miałam spuchnięte oko. Ale tak dziwnie! Normalnie miałam na oku, na gałce ocznej jakiś wodny bąbel… nie wyglądało to dobrze. Nigdy nie widziałam czegoś takiego… No ale mówię, boleć nie boli, to nie będę siać paniki i kazać się na szpital zawozić (ubezpieczenie mieliśmy wykupione). Spakowaliśmy się i pojechaliśmy na AirShow do Springfield. Organizowane przez Armię Amerykańską w największej Bazie Wojskowej w kraju. Można było pooglądać różne bojowe i transportowe wojskowe samoloty. Do niektórych można było nawet wejść. Robią wrażenie, nie powiem. W jednym z ogromnych hangarów były też jakieś stoiska, głównie różnych fundacji, zbierające oczywiście datki. Najciekawsze było jednak stoisko jakiegoś chyba koła naukowego NASA, bo jakieś dzieciaki w identycznych koszulkach tam śmigały i miały coś szalonego! A mianowicie robota, zbudowanego z klocków lego, który… UWAGA… Układał kostkę rubika… Chłopiec kładł na nim pomieszaną kostkę, robot oglądał ją z każdej strony, zbierał dane, a potem brał się za robotę. Zajęło mu może minutę, żeby ją ułożyć. Czary. 🙂 Potem oczywiście były pokazy samolotów w powietrzu. Też robiły wrażenie. Byli też spadochroniarze. Jednym takim niedużym samolotkiem, gościu (a może to była baba, tego nie wiem) robił takie akrobacje, że głowa mała. Udawał, że spada, wypuszczał dym jakby się palił… a nagle się w ostatniej chwili podrywał do góry… Latali też duuużym takim, to tak powoli leciał, że wydawało się, że zaraz spadnie. No ale i tak wszyscy czekali na F16 😀 Latało ich 6 i razem robili też cuda na kiju. Wymijali się w ostatnim momencie, rysowali na niebie serduszka itd. A hałasu przy naddźwiękowej prędkości robili co nie miara… Ogólnie spoko.

Wróciliśmy do domu, posiedzieliśmy, spakowaliśmy się z P. i poszliśmy spać…

15 lipca 2018

W tą ostatnią niedzielę postanowiliśmy iść do Kościoła. Podziękować Panu Bogu za wakacje i prosić o bezpieczny powrót. Potem zjedliśmy torta bo jeden z chłopców miał 12 urodziny. Potem obiadek i w drogę. Pożegnaliśmy wszystkich, walizki do autka i heja! No dawno z wakacji nie wracałam z uśmiechem na ustach powiem Wam. 3 tygodnie to na prawdę długie wakacje. Ogólnie zadowoleni jesteśmy bardzo i opaleni – aż nad to, ale co za dużo to nie zdrowo! 😀 Na lotnisko dość punktualnie dotarliśmy. Odprawa szybko przeszła, wypiliśmy po ostatniej kawie i zjedliśmy po ostatnim pączku z Dunkin’ Donuts i wsiedliśmy do samolotu. Zaczął już kołować, i kołować, i kołować… a końcu kapitan się odezwał, że będziemy mieć około 20 minut opóźnienia, bo się na pasie zrobił korek. Ale koniec końców wylądowaliśmy w UK o czasie. W poniedziałek rano oczywiście. I nie mogliśmy się znaleźć na lotnisku z kierowcą, który miał nas odwieźć do domu… bo nigdy nie lądowaliśmy na międzykontynentalnym terminalu i nie wiedzieliśmy gdzie jest strefa postojowa… Ale w końcu się udało. Dotarliśmy do domu cali i zdrowi. Rozpakowanie musiało nastąpić od razu, bo trochę smrodów przywieźliśmy.. Nienawidzę rozpakowywania walizki PO wakacjach. :[ Ale kiedyś trzeba. Choć tak pomyślałam, że aaa, może już tak poleży do przeprowadzki… w szafie jeszcze są jakieś inne ciuchy.. 😀 haha

Następnego już dnia powrót do rzeczywistości level expert – praca. Ja na szczęście tylko jedna nocka na rozgrzewkę. Piotruś trzy. Daliśmy radę. Ale dziś już sobota i jutro od nowa… A dziś, próbowaliśmy kupić auto, bo sprzedaliśmy naszego posysacza paliwa i chcieliśmy coś mniejszego i tańszego. Cały dzień tułaczki autobusami, żeby obejrzeć 6 (słownie sześć) rzęchów i wrócić do domu z niczym. Ale też po drodze.. uczciliśmy NASZĄ PIERWSZĄ ROCZNICĘ obiadem w restauracji. Wypada ona jutro, ale jutro… praca. Nie mogę uwierzyć, że to już rok. Jak to leci. Dlaczego to tak leci? Dlaczego jak byłam dzieckiem, kiedy to 2 miesiące wakacji były błogą wiecznością… to chciałam być dorosła??? WHY??? No ale cóż. Za późno. Trzeba się cieszyć tym co się ma. A mnie czas leci szybko, ale chyba szczęśliwie więc.. wystarczy tylko doceniać każdą chwilę. 🙂

Tym optymistycznym akcentem zakończę ten długi wpis! Miłego, sobotniego wieczoru!

Piątek 13go

13 lipca 2018

Żeby nie było, przesądna nie jestem, ale udanym też bym tego dnia nie nazwała. Najpierw nasze ulubione zajęcie – zakupy. A nie kupiliśmy nic. Potem trochę nudy, a wieczorem, głupie męskie żarty, które skończyły się moim zdarciem stopy. A mianowicie, był u nas brat szwagra (brat męża siostry mojego męża ;D), i razem z bratem mojego męża, postanowili sobie zrobić żarcik i mnie wraz z moim mężem zaczęli huśtać na hamaku, na którym sobie beztrosko chcieliśmy odpocząć. Nie lubię takich ,,żartów” które są niebezpieczne, albo chociaż sprawiają, że ja nie czuję się bezpiecznie. Oboje razem wzięci ważymy ze 150 kg, hamak to tylko hamak, w dodatku zamocowany na hakach wkręconych w drzewo. I ja wiem, że to jest tak zrobione, żeby się nie wyrwać, ale ja nie czułam się bezpiecznie, chociażby z powodu samej wysokości na jaką nas rozchuśtali. I oczywiście mimo próśb i krzyków nie chcieli zatrzymać. W końcu brało mi cierpliwości i na siłę chciałam zatrzymać to sama, i zdarłam sobie stopę o ziemię. Na szczęście nie bardzo. Po za tym nic się nie stało, ale atmosfera zrobiła się napięta. Ja wiem, że czasem panikuję i przesadzam, i może mam zbyt bujną wyobraźnię, ale wolę ją mieć zbyt bujną, niż kiedyś bez pomyślunku zrobić sobie lub komuś krzywdę dla głupiego żartu. Nie lubię takiej lekkomyślności i żartów, z których nie ma ubawu osoba, z której te żarty się stroi. No i tu jeszcze aspekt do dyskusji – dlaczego to zawsze faceci mają takie głupie, niebezpieczne pomysły i żarty? Przynajmniej w moim otoczeniu, i również z dzieciństwa chwile grozy, albo i uszczerbki znajomych na zdrowiu, pamiętam z winy chłopców. Też tak macie? A może macie zupełnie inne spostrzeżenia? Albo może to Wy bywacie prowodyrami takich żarcików? ;P

Shopping!

11 lipca 2018

To był dzień krotki, ale intensywny. Jak sam tytuł wskazuje, wybraliśmy się na shopping. Przeliczyliśmy ile kasy nam zostało a ile dni do wyjazdu… i uznaliśmy, że małe zakupy nam nie zaszkodzą. Efektem tego spędziliśmy pół dnia w raptem… trzech sklepach. W każdym zostawiając kilka dych. Czułam się tego dnia jak jakaś bogaczka 😀😁 Przymierzałam i brałam co mi się podobało, bez zastanawiania, ze jednak coś jesy za drogie,  ze obejde się bez tego, bo nie całkiem jesy warte swojej ceny.. (na pewno każdy to zna ze swojej codzienności). Tym razem i tak uznaliamy, że to i tak byly weselne pieniądze, a nie ,,wyjęte z kieszeni” więc można zaszaleć! Polecam każdemu takie ostre zakupy choć raz w życiu. Ja nie sądzę, że  jeszcze mi się aż tak beztroskie przytrafią. No chyba, że wygramy miliony w Lotka 😀🤣Koniec końców Nie wiem jak się zmieszczę spowrotem z tym wszystkim do walizki…Wieczorem wpadli znajomi szwagra i zapaliliśmy ognisko. I w sumie tyle. 🙂

12 lipca 2018

Dziś byliśmy w Bostonie. Ostatni wypad przed wylotem. 2 godzinki w samochodzie i jesteśmy. Szwagierka wzięła dzieci i córkę siostry swojego męża (xD), więc na miejscu rozdzieliliśmy się. My jak zwykle połaziliśmy po mieście, zaliczyliśmy jedzonko, piwko, zrobiliśmy parę zdjęć i… pojechaliśmy metrem do Cambridge na Kampus Harvardu! Ładnie tam mają. Wiedzieliście, że Harvard znajduje się obok Bostonu? Jak rzucicie okiem na mapę to Boston i Cambridge dzieli zatoka. A łączy wspólna linia metra. Mnie Mąż oświecił jak dojeżdżaliśmy na parking, wiec uznałam, że muszę tam pojechać. Nie sądziłam, że najsłynniejsza uczelnia na świecie znajduje się na ,,końcu Ameryki”. 😀 Poszliśmy potem na obiad do jakiejś knajpy. Zamówiłam spaghetti bolognese, które smakowało jak zupa pomidorowa mojej mamy.. ale było dobre, nie powiem, że nie. Do domu wróciliśmy koło 21. Na piątek brak planów konkretnych, ale w sobotę czeka nas Air Show.. 😉

P.S. Dziś podobno miała miejsce ponowna wycena domu, który próbujemy kupić. (Ponowna z racji zmiany banku). Więc czekamy na wiadomości, choć znając życie, jakiekolwiek dostaniemy dopiero po niedzieli, będąc juz w UK…