SŁOŃCE!

Normalnie niby nic takiego, ale musiałam Wam napisać! Od wczoraj mamy 20 stopni! Wczoraj byliśmy u znajomych a dziś jak tylko wstałam to wyszliśmy na spacer. Nawet kota wzięliśmy na spacer do parku! Zdziwiony był mocno i raz nam się prawie z szelek wywinął, ale ogólnie pozytywnie. Tyle zapachów, tyle nowych dźwięków. Zaabsorbowany był tak, że za nic w świecie nie zważał, na nasze wołania i zachęty, żeby zapozował do zdjęcia, a w domu wychodziło to bez problemu 😀 Potem go odnieśliśmy do domu i poszliśmy jeszcze trochę na spacer (no bo z kotem to nie pochodzisz :D), zjedliśmy na mieście na słoneczku obiadek, a potem wygrzewaliśmy się na słoneczku. Nawet nie wiecie jak to może człowieka cieszyć 😀 Wróciliśmy, wypiłam właśnie kawę i idę zaraz do pracy, ale aż inaczej się idzie do tej pracy jak się trochę słońca złapało. ! Nawet te domy już dziś nie ważne są 😉 Jutro P. też ma wolne wyjątkowo, a ja idę na 22 jak zwykle więc jutro też jeśli tylko pogoda się utrzyma zamierzamy skorzystać. Tym razem zalew nieopodal 🙂 Ahhh! No i jeszcze tylko dwie nocki, potem wolnego kilka dni i lecę do Polski 🙂 Mam nadzieję, że i Wam przyjemnie mija weekend! Pozdrawiam 😀

Reklamy

Poszukiwań ciąg dalszy

Do dupy z tym szukaniem domu. Zaczynam mieć już dość… Albo nie ma nic pod nas, albo nam zmyka sprzed nosa, albo sprzedający se leci w kulki i chce krocie za dom, wart 30 tys. mniej niż sobie życzy, a i dziś już w ogóle pierwszy raz taka niezgodność między mną i P. w tej kwestii. Bo mnie się dom podoba bardzo, a jemu wcale. Tego jeszcze nie było.. Wrr… trudno. Szukamy dalej, czekamy, aż coś się pojawi. Ale moja cierpliwość się na prawdę kończy i już mnie bolą po prostu nerwy, że czas biegnie i biegnie, a domu jak nie było tak nie ma… :[ Życie.

Chociaż tyle, że pobyt Rodziców i Brata udany, choć zbyt krótki jak zwykle. Zabraliśmy ich do parku rozrywki – takiego dużego, stacjonarnego wesołego miasteczka. Brat był prze-szczęśliwy i mega wdzięczny, powiedział, że nie bawił się tak prawie 20 lat, bo ostatnio był w takim miejscu dosłownie, jak miał lat 15, w Polsce, na sporo mniejszym niż ten.. 😉 Pogoda była na prawdę dość łaskawa. Nie było jakoś bardzo ciepło i wiało w ch*j, ale jak już tam weszliśmy to z każdej strony coś stało i wiało już mniej. Nie padał też deszcz, a jego obawialiśmy się najbardziej. Szkoda tylko, że sobie wymyśliłam wejść na jakąś kolejkę dla dzieci (no bo czemu nie), w której płynęło się łódką, a nikt nas nie ostrzegł, że wyjdziemy z niej mokrzy… Bez sensu! Przed inną, większa atrakcją wodną pisze jak byk trzykrotnie ,,będziesz mokry!” a tam nie napisali… w ten sposób, udaliśmy się na pozostałe dwie ,,moczące” skoro już mokrzy byliśmy i pojechaliśmy do domu w połowie dnia. Było za zimno, na łażenie w mokrych ciuchach, nie chcieliśmy się pochorować… No ale zaliczone? Zaliczone. Ja i tak po wejściu na jedną z tych dających mocne wrażenia kolejek miałam nogi z galarety i miałam dość wrażeń..

Czas oczywiście leci tak szybko, że masakra… Ostatnio w pracy rozmawiałam z koleżanką, mówiłam, że niebawem ja lecę teraz do Polski i tak liczyłyśmy, że no jeszcze trzy shifty (czyli dwa moje czterodniowe – a właściwie czteronocne – zmiany). Aż tu dwa dni temu spojrzałam dokładnie w kalendarz i się okazało, że jeden! Dokładnie to dziś w czwartek zaczynam 4 nocki, potem mam wolne 4 dni, a później już zamiast do pracy iść do lecę… 🙂 Tak samo do wyjazdu do Stanów czas leci szybko. Jak widzicie po lewej – jeszcze tylko 50 kilka dni.. A tak bardzo chciałabym przed tym znaleźć dom, żeby ruszyć papiery i zaraz po powrocie móc się przeprowadzać. Tak bardzo…

Pogoda jakoś bardzo nas nie rozpieszcza. 10 – 12 stopni, zimne wiatry… Mam nadzieję, że w Polsce się troszkę ogrzeję. Ogólnie to zaczął się Maj! Mój ulubiony miesiąc z wielu powodów. Głównie dlatego, że to po prostu piękny, kwitnący miesiąc, ale po za tym to mam urodziny, i moja mama, i mój P., i nawet mojej mamy siostra ;D W tym roku kończę 25 lat. To jest masakra jakaś, a w dodatku… jakbyście mnie zapytali 10 lat temu, to bym Wam powiedziała, że w tym wieku o ja bym chciała mieć przynajmniej 2 letnie dziecko… No ale nikt nie mówił, że w życiu wszystko idzie po naszej myśli.. Wiem, że wszystko się ułoży i spełni, tylko muszę być cierpliwa to się doczekam. Tylko, że ja nigdy nie byłam cierpliwa, zwłaszcza w kwestii czekania na coś. Oj. Ciężko.

Mam nadzieję, że u Was wszystko dobrze i po Waszej myśli i życzę Wam udanego weekendu, w końcu zaczyna się już jutro. 😉

Blada dupa i kamieni kupa

Szukamy innego domu. W sumie to dawno nie pisałam i nawet nie wiem czy pisałam o tym, który już znaleźliśmy, już zaczęliśmy procedury w banku… Już się oczami wyobraźni w nim widzieliśmy, już planowaliśmy kolory ścian i ustawienie mebli, nawet, który pokój będzie nasz, a który dla dziecka… Ale niestety. Bank wycenił dom na dużo mniej niż to co ustaliliśmy ze sprzedającym. Haa, gość nawet się zgodził zejść z ceny! No to się ucieszyliśmy – fajnie będzie taniej, szybciej spłacimy. Jednak na spotkaniu z doradcą z banku, dowiedzieliśmy, że nie ma lekko. Aby bank zatwierdził ten kredyt musimy najpierw na własną rękę wysłać tam jeszcze dwóch inżynierów – od konstrukcji domu, oraz od drzewa, które stoi 3 metry od domu. Aby to sprawdzili czy stalowa rama na pewno jest ok, oraz czy aby drzewo nie zagraża tejże konstrukcji i/lub kanalizacji. Wszystko kosztowałoby nas prawie 1000 funtów i wciąż nie dawało gwarancji na przyznanie kredytu – no bo jak wyjdzie, że coś nie tak, no to wiadomo… Więc podjęliśmy decyzję, że rezygnujemy – raz to ryzyko, żę 1000 funtów wydamy na darmo – dwa, że potem sami będziemy mieli problem ze sprzedażą jakby co. W ten oto sposób znaleźliśmy się właściwie w punkcie wyjścia. A lekko nie jest. Przejrzane na nowo wszystkie ogłoszenia na RightMove i innych stronach i NIC, co by się nam podobało, było w naszym progu cenowym i spełniało nasze wymogi. Jak ładny w środku to bez podjazdu, albo przy głównej ulicy, albo bez ogródka. Jak fajna lokalizacja, duży podjazd, piękny ogród, to w środku ruina i grzyb, który nawet na zdjęciach świeci z daleka… Był tylko jeden… JEDEN, piękny! Olśnienie! Ahh, nie możliwe, w takiej cenie?! TAKI dom?! Jedziemy. Noo… piękny. Odpicowany, nowy (20 letni), nie bardzo na zadupiu… i znów już się w nim widzimy oczami wyobraźni, już sobie życie w nim układamy… Okazuje się, że ciasny i nie praktyczny w OGÓLE… no po prostu nie i już. Mi ma być w domu wygodnie i praktycznie żyć na co dzień i wykonywać domowe obowiązki.. Pralka w garażu, sypialnia, w której po wstawieniu łóżka nie ma miejsca na szafę, łazienka, w której nie ma miejsca ani na żadną szafkę, o koszu na pranie już nie wspomnę… to chyba coś poszło nie tak?! Kto to projektował?! Bo na pewno nie kobieta… No cóż. Jest weekend, więc czekamy na jutro, że coś się pojawi., albo po jutrze.. itd. Ale jestem załamana, bo jak na 400 ogłoszeń w chwili obecnej 1 nas zainteresował… to… będzie ciężko. 3majcie więc kciuki. Znów.

Po za tym siedzę w domu sama – Mąż już w pracy, a ja zaczynam we wtorek – i się grzeję pod kocykiem.. coś mnie bierze.. woda z nosa, gorączka, takie tam.. nażarłam się witamin, Cerutinu, czosnku, Theraflu. I liczę, że mnie nie rozłoży, bo nie dość, że we wtorek do roboty, to w piątek przecież Rodzice z Bratem przylatują! Plany mamy! Nie mogę leżeć w łóżku w te raptem 5 dni ich odwiedzin! Co to to nie! Więc 3majcie kciuki x2.

A z pozytywów – możecie uznać mnie za wariatkę – dostałam okres! 😀 Dosyć punktualnie. Od kilku miesięcy się stabilizuje. Uwierzcie lub nie, ale jak czekasz na okres 45 dni albo dłużej, a za razem planujesz niebawem ciążę, to jak w końcu zaczyna on być regularny to cieszysz się jak głupia… a może tylko ja tak mam? 🙂 W każdym razie już trzeci cykl z rzędu poniżej 35 dni, które jest górną granicą normy. I oby tak zostało.. 3majcie kciuki x3 🙂

Wiara

Tak przy okazji minionych Świąt postanowiłam poruszyć dziś dość ważny temat. Temat wiary. Zdaję sobie sprawę, że nie dla każdego jest to temat ważny, dla niektórych zaś kontrowersyjny, ale postanowiłam się tym podzielić.

Wiecie, był w moim życiu taki okres, kiedy wiara i Bóg towarzyszyły mi na co dzień, bardzo głęboko. Było to w czasach gimnazjalnych, kiedy to przez kilka lat należałam do Oazy (tj, Ruchu Światło – Życie). Wspólnota tak pokazała mi Żywego Boga, nauczyła się modlić, w pełni przeżywać Eucharystię i żyć prawdziwą Bożą Radością. Wierzcie lub nie, ale byłam nastolatką, która chodziła do spowiedzi co 2 tygodnie, a do kościoła na Mszę ze 3 razy w tygodniu, tak po prostu, bo czułam potrzebę, sprawiało mi to radość. Czułam BOGA. A potem… potem przestałam Go czuć. Nagle, któregoś dnia weszłam do kościoła, uklęknęłam i zamiast czuć Jego obecność, czuła się jakbym gadała do ściany. I tak zostało… nie pasowało mi to, ale nie potrafiłam nic poczuć. Poddałam się, nie walczyłam o tę wiarę długo. Pogodziłam się z tym, w sumie było łatwiej, nie wstawać do kościoła, nie musząc dawać świadectwa wiary i przykładu innym.. nie wyróżniać się z tłumu tym, że chodzę do kościoła… Zwątpiłam na tyle, że z osoby, która broniła wiary i istnienia Boga, nagle zaczęłam z całą swoją pewnością powtarzać, że Go nie ma. Nie czuję Go to znaczy, że Go nie ma…

I tak to trwało, dopóki nie poznałam P. Pamiętam, że jeszcze podczas naszych pierwszych rozmów, mówiłam mu, że wyznaję Latającego Potwora Spaghetti… Uznał, że jemu to obojętne, ale Jego Mama na pewno mnie nie polubi jak jej powiem, że nie wierzę w Boga. 😀 Mijały dni, tygodnie, zaczęliśmy się spotykać, zakochiwać, będąc u teściów szliśmy razem do kościoła, no bo właśnie nie chciałam się narażać, a kościół mnie nie parzył przecież, a w ręcz pomyślałam, że może dzięki temu znów ,,coś” poczuję. Zaczęłam też myśleć, analizować. Dostałam to o czym marzyłam… (byłam jedną z tych nastolatek, które marzyły o wielkiej, prawdziwej miłości, ale za razem nie miały powodzenia u płci przeciwnej w ogóle, i prawie zerową wiarę w to, że tę miłość spotka) Tak więc miałam miłość, spełnioną, obustronną, z facetem ,,bez wad”, oddanym, czułym, cierpliwym, z dobrego domu… biorąc pod uwagę również to jak bardzo przypadkiem się poznaliśmy, i jak bardzo on nie odpuszczał, gdy ja chciałam wysłać go na drzewo… , że zaczęłam zauważać, również to, że w tym wszystkim on jest religijny. Nie trafiłam na zagorzałego ateistę, albo przeciwnika kościoła, tylko na kogoś kto do tego kościoła chodzi i mnie do niego prowadzi. To wszystko uznałam więc, za znak i dar od Boga. że dając mi tak wspaniałego mężczyznę, Bóg musi być i musi mnie kochać. Od tamtej pory modlę się codziennie. Nie jest to taka sama relacja jak ta sprzed kryzysu. Może ja się zmieniłam i moja wrażliwość (w końcu minęło parę lat), może za mało mam czasu i bodźców, do pogłębiania wiary. W końcu Oaza takimi bodźcami bombardowała, a nie oszukujmy się w zwykłej parafii na osiedlu, zwykła Msza Święta, jakoś zachęcająco nie wygląda. Ale ta relacja JEST. Niedzielna Eucharystia nie dyktuje nam życia, ale to żeby być wdzięcznym Bogu, i czcić Go w duchu. Idziemy na Mszę jak mamy czas i ochotę, nie wmawiamy nikomu, że Katolicyzm jest jedyną słuszną wiarą. Nie jesteśmy nadgorliwi i nie epatujemy swoją wiarą na lewo i prawo. Mamy Boga w sercu, mamy Boga obok nas. I wierzę, że to między innymi Jego zasługa, że tworzymy Małżeństwo takie, jakie tworzymy.

Pomimo wiary, mamy swój rozum i swoje sumienie, w związku z czym nie w każdym temacie się ze zdaniem Kościoła zgadzam, bo Kościół i jego ,,przepisy” tworzą ludzie. Jacyś księża, biskupi itd., którzy interpretują słowa z Pisma Świętego jak chcą, a mnie czasami się wydaje, że na wyrost. Zaczynając na hejtowaniu książek o Harrym Potterze i zabawy w Halloween, przez seks przedmałżeński, aż po temat aborcji i in vitro. Niektóre ,,przepisy” i wymogi Kościoła wydają mi się mało logiczne, po prostu. Ja postępując według własnego sumienia i rozumu, wierzę, że Bóg najlepiej wie co jest w moim sercu i najlepiej to zinterpretuje, gdy przyjdzie pora. Uzna, że nie zasługuję na Niebo, to uzna, ale On, a nie jakiś ksiądz, czy nadgorliwy katolik.

Życzę Wam abyście byli przede wszystkim DOBRYMI LUDŹMI i zawsze żyli w zgodzie z WŁASNYM SUMIENIEM. 🙂

Dobrego tygodnia!

Mamy czas, czas nie goni nas…

Tia. Mamy. Tylko, czemu on leci szybko jak nie trzeba, a jakby człowiek chciał to się tak ciąąąąąąąąąąąąąąąąągnieeeeeeeeeeeee…. ?! Każdy to zna. W pracy, każde 5 minut jest jak godzina. Zaś kiedy jesteś na imprezie albo wakacjach, to cała noc znika w godzinę…

I tak teraz właśnie nam się będzie ciągnął czas do czasu otrzymania kluczy do domu. Już się nie mogę doczekać, a jeszcze daleka droga przed nami. Wczoraj dostaliśmy sms z banku, że zatwierdzono naszą aplikację o kredyt, no to uradowani dzwonimy do prawnika, żeby działał dalej! On jednak mówi, że nic mu nie wiadomo (a powinien otrzymać również taką informację z banku). Dzwonimy więc do naszego Mortgage Advisora, a on mówi, że owszem, zatwierdzono nas jako kredytobiorców, że pieniążki nam z chęcią pożyczą, ale obiekt transakcji nie przeszedł jeszcze wyceny. A dopiero po tym, jeśli uznają, że wart jest swej ceny, mogą dać nam na niego kasę. No to na cholerę ten sms, i to jeszcze o 10 rano jak śpimy po pracy?! Grr.. 😀

W każdym razie jeszcze trochę to potrwa, bo dowiedzieliśmy się, że rzeczoznawca na wycenę domu umówiony jest ze sprzedawcą na 3 Kwietnia. Na 5go zaś umówiliśmy swojego prywatnego rzeczoznawcę, żeby nam poszukał ewentualnej dziury w całym i policzył ile by jakiś remont kosztował jak coś. Liczymy więc, że do końca przyszłego tygodnia Bank faktycznie zatwierdzi kredyt, a potem to już podobno z górki. Co oznacza ni mniej nie więcej, jak minimum 3 tygodnie czekania, aż prawnicy wykonają wszelką papierkową robotę. Żyjemy w nadziei, że przeprowadzimy się przed moim wylotem do Polski, a lecę 11 maja. Zobaczymy. Póki co za 3 tygodnie moi Rodzice przylatują z mym Bratem. 🙂

Przed nami Wielkanoc, ale niestety tu w UK to W OGÓLE jej nie czujemy. Bo o ile na Boże Narodzenie to świąteczna muzyka i wystrój, tak Wielkanoc to tu prawie bez echa się obywa. Wybieramy się jutro na Liturgię Wielkiego Piątku a w Niedzielę na Mszę Rezurekcyjną. Tyle, że idziemy też na nocki już do pracy, więc zobaczymy jak to nam wyjdzie… Jutro i sobotę mamy oboje wolne, na co się bardzo cieszymy, bo ostatnie 2 tygodnie się ciągle ,,mijamy”. Planujemy małe zakupy jutro, a w sobotę totalny chill w domu. W związku z tym polecicie jakieś ciekawe filmy? 😀

Życzę Wam, pogodnych i Wesołych (mimo, że prawdopodobnie śnieżnych) Świąt Wielkanocnych. Spędzajcie je tak jak lubicie.. głęboko duchowo, albo po prostu ciesząc się rodziną. Albo nie spędzajcie wcale. Jak tam uważacie… 😛 I myślcie więcej o wiośnie to prędzej przyjdzie. U nas nie jest źle, śniegu już chyba nie będzie, ale cieplej to zawsze mogłoby być. 😉

Mamy to!

Złożyliśmy ofertę na dom! I została zaakceptowana! Co więcej gostek miał propozycje o 3 tys. wyższą, ale dopiero na lipiec, a gościowi zależy na czasie więc wybrał nas! Jutro działamy z bankiem i prawnikiem! :))) Trzymajcie kciuki, żeby wszystko poszło szybko, sprawnie i po naszej myśli! 🙂

P.S. Wiem, że znów Was w Polsce zasypało. W Anglii też. Jeszcze szkół nie pozamykali, ale nie wiele brakło.. 😀 3majcie się ciepło :*

Masz babo placek

Akcja dom? Rozpoczęta. Małż wrócił cały i zdrowy, nawet zadowolony choć po wspomnianych przejściach. Usiedliśmy zatem następnego dnia jak obiecał, przejżeć ogłoszenia. Do tej pory też je oglądaliśmy i sobie zapisywaliśmy w zakładkach linki, tych fajniejszych. Po przejrzeniu około 60 zostało 20… Plan działania zakładał pojechanie pod każdy najpierw rzucić okiem z wierzchu i na okolicę, a potem ewentualnie umówienie się z agentem na zajrzenie do środka. Z tych 20 zostało 7. A z tych siedmiu przyglądając się i analizując jeszcze raz to co widzieliśmy oraz szczegóły w ogłoszeniach, takie jak lokalizacja, zawartość i stan w środku (czy wymaga jakiegoś wkładu czy nie) oraz ceny… został 1! Słownie JEDEN dom! Z 60!!! Trochę nas to biło z pantałyku, bo wydawało się, że taaakiii wybór, to może coś wybierzemy… Póki co w piątek idziemy go oglądać. Jeśli znajdziemy w nim coś co nie będzie ok. (A wiadomo, że na zdjęciach to wszystko wygląda super…) to… ciekawe ile czasu będziemy czekać, aż pojawi się jakieś ogłoszenie pod nas? Bo oczywiście codziennie patrzymy na ogłoszenia, i od 1.5 tygodnia nie pojawia się nic takiego, a dziennie jest około 10-15 nowych domów na sprzedaż w okolicy, w której szukamy. :O

Z jednej strony liczę na to,  ze ten dom będzie super.  Bo póki co to on sam i jego okolica i położenie bardzo mi się podobają – a nie to, że no jak musi to niech będzie. Ale z drugiej kurde, trochę dziwnie byłoby kupić pierwszy i jedyny dom, który się obejrzy! A już na pewno wiem, że P. ma się z taką wizją strasznie nieswojo.. I z jednej strony to niepraktyczne czekać może z pół roku na kolejny ciekawy dom, i kolejne pół roku płacić czynsz za obecne mieszkanie w eter, ale z drugiej to trochę szaleństwo tak się spieszyć i brać pierwszy… Staram się o tym nie myśleć, i zobaczyć najpierw co na prawdę ten dom sobą prezentuje na żywo, ale gdzieś po ciuchu i tak mam nadzieję, że go kupimy… Najgorsze, że na prawdę chciałabym zajść w ciążę po przeprowadzce, a jak mamy czekać może z pół roku na kolejne fajne ogłoszenie, a potem jeszcze całą papierologię… to może zejść z rok albo i dłużej… Także chyba raczej zamiast przeprowadzki i ciąży, będę się trzymać planu: powrót z USA i ciąża. No cóż, nie zawsze jest wszystko w życiu po naszej myśli, a ja i tak mam w życiu fart, więc jak to jedno pójdzie nie całkiem tak jak chcę to jakoś przeżyję nie? 😉

Co o tym myślicie? Kupilibyście dom widząc tylko ten jeden? A może ktoś z Was kupował dom/mieszkanie i macie jakieś doświadczenia z tym? Niektórzy, na grupie doradzającej sobie w kupnie domu w UK piszą, że to się po prostu czuje. Że jak wejdę do domu to albo poczuję, albo nie poczuję, że chciałabym tu mieszkać i że dobrze się w nim czuję… Oby tak było. 😉 O oby P. też tak miał, najlepiej oboje w tym samym domu 😀

A co do ogłoszeń i zdjęć. Nie wierzcie im! Haha, przy niektórych to nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać. Na zdjęciu widzisz ogród a na jego końcu garaż. Wydaje Ci się, że jest on jakieś 10 metrów od robiącego zdjęcie ( w domyśle od domu), jedziesz pod ten dom, a tu się okazuje, że garaż nie stoi dalej jak 2 metry od domu, a ogrodu… tam wcale nie ma. 😀 Z tych 20 domów jakieś osiem właśnie tego typu szoki powodowały. Pozostałe odpadały przez okolicę lub słaby dojazd. No zobaczymy. Póki co, oby do piątku! 3majcie kciuki.

A tak bardziej przyziemnie…
Jak może już wiecie, mistrzynią i znawczynią w wypiekach to ja nie jestem. Doświadczenia choćby teoretycznego też nie mam, bo moja mama też za wiele w życiu nie piekła. No a, że ostatnio staram się robić w życiu coś co sprawia mi radość i satysfakcję – a upieczenie lub ugotowanie dobrego żarełka zawsze cieszy (zwłaszcza ta późniejsza konsumpcja), to postanowiłam upiec dziś placek. Ale nie byle jaki, bo sernik! A ja za sernikami nigdy nie przepadałam, choć ostatnio się przekonuję, a jeszcze w ręce mi wpadł łatwy, a brzmiący i smakowicie wyglądający przepis! (wyglądający na zdjęciach innych grupowiczek na fejsbuniu) No więc zrobiłam zakupy, zakasałam rękawy i do dzieła! Najpierw trzyskładnikowy spód. Potem ciasto, którego magicznym dla mnie składnikiem jest biała czekolada, którą to należało rozpuścić w kąpieli wodnej i dodać pod koniec miksowania ciasta. Pomijając fakt, ze się chyba za długo roztapiała, bo  międzyczasie kitku jeść chciałam dać i zaczęła kolor zmieniać… no nic, w porę zdjęłam, dodałam, wymieszałam. Wylałam na formę i do piekarnika. No to zadowolona z siebie myślę: – Teraz tylko posprzątać pobojowisko i czekać na efekty…. odwracam się do blatu a tam….. JAJKA. Zapomniałam do ciasta dodać JAJEK. A było ich w przepisie 5… Uznałam, że trudno, niech się piecze. Zobaczymy co z tego wyjdzie… a co wyszło? Nie pytajcie………………

Może następnym razem się uda…